Tegorocznego Open’era nadszedł kres. Zanim to jednak nastąpi przedstawiamy Wam relację z ostatniego, deszczowego dnia, na którym pojawiło się kilka znanych i oczekiwanych nazwisk. Pharrell Williams, Grimes, Bastille czy CHVRCHES oraz zdjęcia Doroty Kutnik.
Pierwszy koncert
Zanim pojawiliśmy się na Babich Dołach, zdecydowaliśmy zjawić się na scenie dla wszystkich, która mieściła się w Gdyni na Placu Grunwaldzkim. Odwiedziliśmy tam znaną aktorkę, ale i obiecującą wokalistkę Julię Pietruchę. Dla niej był to pierwszy koncert w życiu jako wokalistka, a dla nas niesamowite przeżycie. Nigdy bym nie pomyślał, że nagra tak piękną płytę, a co najważniejsze na żywo będzie ją prezentować w tak piękny sposób. Gdyby wszystkie śpiewające aktorki tak umiały się wyrazić i zaprezentować, to ten świat były o wiele piękniejszy. Fanów pod sceną było bardzo dużo, cieszę się, że mogłem być jednym z nich.
Spoken Love zawsze spoko
Spoken Love może nie wszyscy znają, ale Ci którzy ich słuchają to wiedzą na co ich stać. Dla laików polecam ich płytę, bo słuchanie jej to sama przyjemność. Choć na ich koncercie pojawiliśmy się jedynie przez pierwsze 20 minut z uwagi na mający się odbywać koncert The 1975, to już pierwsze dźwięki wprawiły nas w ich klimat. Na więcej sobie nie mogliśmy pozwolić, ale już wkrótce pewnie usłyszymy ich ponownie.
Deszcz, deszcz
No właśnie. Gdybyśmy wiedzieli o wielkim deszczu i wichurze, pewnie zostalibyśmy w Tent Stage na ich całym koncercie. Zaplanowany na godzinę 17.30 koncert grupy The 1975 został opóźniony o ponad godzinę, w efekcie czego zostaliśmy zatrzymani w namiocie vipowskim i nie mogliśmy z niego wyjść. W tym czasie scena zostawała zabezpieczana wraz z nagłośnieniem, aby nic nikomu się nie stało. W efekcie grupa The 1975 na scenę wyszła dość późno i niestety musiała całkowicie skrócić swój występ. Czułem lekki niedosyt, ale nie była to przecież wina zespołu. Ba! Nawet ich podziwiam za grę w tak ciężko ekstremalnych warunkach, a dzielnych fanów za to, że mimo moknięcia zostali przy scenie. Słuchało się ich bardzo miło, ale żałuję, że nie usłyszałem więcej.
Kilka szlagierów i kilka nowości
O deszczu mogli mówić też wierni fani Bastille, lecz wtedy pogoda nieco się uspokoiła. Zespół chyba pokochał Polaków, co widać po szczerych komentarzach Dana między piosenkami. Nie ma co się jednak dziwić, gdy wkoło ludzie śpiewają ich piosenki od deski do deski, tańcząc przy tym i dobrze się bawiąc. Ich koncert to tak naprawdę jeden wielki best of ich najbardziej znanych kawałków, urozmaiconych jednak nowymi piosenkami, które znajdą się na mającym się ukazać we wrześniu albumie. Może nie mają one jeszcze takiej siły niesienia jak ich poprzedniczki, ale pewnie po wydaniu wydawnictwa się to zmieni. Koncert był równy, bez żadnych zaskoczeń, dla niektórych lekko monotonny mimo przebojowości. Mi się podobało.
„Ten namiot jest jak wielki parasol, ochroni nas. Jak w tym kawałku Rihanny”.
Kolejnym must havem tegorocznej edycji festiwalu był koncert szkockiej grupy CHVRCHES, na który naprawdę długo nam było czekać. Szkoda tylko, że zbiegł się on trochę z koncertem Pharrella, przez co nie mogliśmy zostać do końca. Wierzymy jednak, że już wkrótce zostanie ogłoszony koncert klubowy, na którym oczywiście się pojawimy. Znana z ciętego języka wokalistka zespołu Lauren Mayberry była w bardzo dobrej formie. Co rusz rzucała anegdotami i nie było można mówić o nudzie. Również muzycznie zespół wypadł bardzo dobrze, a sama wokalistka śpiewała cudnie, w najlepszych tego słowa znaczeniu. Bawiłem się dobrze, ale musiałem pobiec na Pharrella. Szczególnie podobała mi się prezentacja utworu Keep You On My Side.\
Headliner?
Pharrell ogłaszany był jako jedna z głównych gwiazd tegorocznej edycji. Ba! Nawet nazwano go headlinerem. I choć bawiłem się przy nim świetnie, to nie był to najlepszy występ. Po pierwsze było mało wszystkiego na żywo, czasami miałem wrażenie, że piosenki ciurkiem zostawały puszczane z playbacku, a głosu Pharrella było jak na lekarstwo. Śpiewał cicho, słabo słyszalny głos wokalisty sprawiał, że go nie słyszałem czasami w ogóle. Miał co prawda ze sobą żywe instrumenty, tancerki i wielkie przeboje, ale to nie było to, czego po nim oczekiwałem.
Pomieszane z poplątanym wychodzi najlepiej
Występ Pharrella sprawił, że na koncert Grimes pojawiłem już w drugiej części. Artystka łącząca w sobie najlepszy odłam popu jaki może być z elektroniką, eksperymentalną alternatywą czy hip hopem, była boginią na scenie. Charyzma, umiejętność pokazywania muzyki czy choreografia to jej domeny. Tu liczyła się zabawa, na którą chyba Grimes tak bardzo liczyła zapodając nam kolejne dance’owe bity i aranżacje. W połowie jej występu pojawiły się także sztuczne ognie zorganizowane z okazji 15-lecia festiwalu, ale dało się zauważyć, że większość i tak pozostała na jej koncercie. Grimes odwdzięczyła się założeniem polskiej flagi na ramiona podczas ostatniej piosenki i zarazem perełki Kill V. Maim oraz tym, że staliśmy się właśnie częścią jej nowego powstającego teledysku.
Słaby koniec
Po ostatnim koncercie na głównej scenie oczekuje się dobrej zabawy i mnóstwa hitów. O ile Kygo zaprezentował nam materiał z nowej płyty, z której kilka już stało się hitami w Esce i na dyskotekach, oraz znane kawałki innych gwiazd, to nie było tu takie polotu. Kilka tygodnie wcześniej na Orange Warsaw Festival Skrillex okazał się duszą towarzystwa, puszczane były zimne ognie, serpentyny, magia świateł, wizualizacji. Tu było to o wiele skromniejsze, powiedziałbym, że nawet ubogie. Szkoda, bo liczyłem, że to będzie udany set. Wyszło średnio.

