
Niewątpliwie Sean Paul jest wielką gwiazdą muzyki światowego formatu. W dodatku jego imię od razu kojarzy nam się z dancehallem, który od zawsze promuje i można powiedzieć, że jest jedną z twarzy tego nie tylko muzycznego nurtu. Wiele lat na scenie sprawiło, że Sean ma na swoim koncie niezliczone liczby hitów, przebojów nr 1 list radiowych, czy nominacji oraz samych nagród wliczając w to te najważniejsze czyli Grammy. 27 maja ukazał się już jego ósmy album studyjny o tytule Scrocha. Jak sam artysta o nim mówi, jego nazwa nie jest przypadkowa. Mimo upływu lat twierdzi, że wciąż jest gorącym gościem i taka jest jego muzyka. Czy aby na pewno? Aby się o tym przekonać, przesłuchałem jego najnowsze muzyczne dziecko i mam co do niego mieszane uczucia.
Na Scrocha znalazło się aż 15 kompozycji, chociaż słowo to jest zbyt wyniosłe, gdy zestawimy je z materiałem nagranym na album. Oprócz utworów solowych, mamy na nim dużą liczbę współpracy i to z nie byle jakimi nazwiskami! Sean Paul zaprosił do nagrania utworów takie osoby jak dobrze mu znana z wcześniejszych czasów Sia, Tove Lo, Gwen Stefani, Pia Mia, czy Damian Marley i Nicky Jam. Trzeba jednak od razu w tym miejscu wspomnieć, że duet z Tove Lo, a więc Calling On Me pochodzi z 2020 roku. Dzięki tak dużej liczbie gościnnych występów, krążek można podzielić na lepsze i gorsze fragmenty, czyli te gdzie artysta występuje solo (gorsze) oraz duety (lepsze). Chociaż skala ta nie zawsze ma odzwierciedlenie w rzeczywistości, gdyż niestety zaproszeni goście również mówią wprost – dali ciała. Weźmy np. Light My Fire z Gwen Stefani i Shenseeą. Nudne jak flaki z olejem, ani to porywające, ani wyszukane pod względem muzycznym. Ot taka muzyka do kotleta, chociaż bardziej nadaje się ona do picia drinków na plaży, bo przy herbatce ciężko słucha się jęków Gwen. Jedynym plusem tego utworu jest partia rapowana, gdzie swój udział miała Shenseea (jamajska wokalistka z nurtu dancehallu). Podoba mi się za to wydane w marcu tego roku How We Do It. Dużym jego plusem jest to, że nie jest monotonne jeśli chodzi o podział zwrotki-refreny. Sean i Pia Mia wymieniają się dominacją w nich, co tylko dodało więcej smaku i zaskoczenia. Bardzo dobry i solidny utwór z potencjałem na letni hit.
Idąc tropem współprac przejdźmy na drugi koniec, czyli do kończącego płytę No Fear z Damianem Marleyem i Nicky Jamem. Kompozycja sama w sobie nie jest może jakoś mocno porywająca, ale łączy w sobie elementy dancehallu i reggae, tak bardzo bliskich Paulowi. Gorące z kolei jest Bouncing z Jadą Kingdom. Mocne basy, dobra porcja dancehallowych rytmów. Zdecydowanie ciało rusza się do tańca w rytm tego utworu. Jeśli chodzi o duety, to moim faworytem wcale nie jest Dynamite z Sią. Poza refrenami, w których Sia daje się poznać swoim charakterystycznym wokalem, nie ma tu nic nadzwyczajnego. Takie trochę żywsze Cheap Trills, z tym, że tutaj zwrotki należą do Seana Paula, zaś Sia w refrenach ma ledwie kilka tych samych zdań. Oczywiście jest to gorący utwór, który bez problemu może być letnim hitem, tu nie mam wątpliwości. Moje serce jednak skradło Calling On Me z niesamowitą Tove Lo, która jest ostatnio na fali. Sama piosenka nie jest jednak całkiem nowa, bo ukazała się w 2020 roku. Fajne wokalizy, dobry bit i głęboki bas. Sean także pokazuje się tu z tej fajniejszej strony, a nie tylko z tego, że wrzuci swoje ulubione „Bidi bang bang!”. Nieźle bansujące refreny, to jest to czego szukam. Zdecydowanie moje klimaty, popowy hicior, z przemyconymi dźwiękami z gorących regionów i Jamajki. Ze współprac na albumie bez wątpienia top.
Z utworów solowych w uchu wpada Wine Up w starym dobrym stylu. Klimatem przypomina muzykę ze ścieżki dźwiękowej do filmu Step Up, do którego to Sean nagrał wielki przebój Give It Up To Me z Keyshią Cole. Muzycznie są to więc oldschollowe brzmienia, jednak takiego Paula dobrze pamiętam, a on sam dobrze w tym stylu wypada, gdy może czarować swoim charakterystycznym głosem. Mocnym punktem jest Earthquake. Bez wątpienia mamy tu trzęsienie ziemi, ale i nie tylko. Bo przy hipnotyzujących dźwiękach tej kompozycji na pewno dobrze bansują dolne partie ciała. Zresztą jak na dancehallowe rytmy przystało. Bardzo dobry utwór, mimo swej monotonności. Reszta piosenek przechodzi bez większego echa, dlatego wspomnę tylko, że są to m.in ponure Good Day, Borrowed Time czy Back It Up.
Muszę przyznać, że po przesłuchaniu całego albumu jestem zawiedziony. Po jego zapowiedziach, tym jaki to on ma być gorący przyszło spore rozczarowanie. Większość utworów jest muzycznie oklepana, brzmią bardzo podobnie, czy to solowe, czy duety, albo kompletnie bez polotu jak ten z Gwen Stefani. Mam wrażenie, że album ten został zrobiony na siłę, byle tylko coś wydać. Może się mylę, a może nie, jednak da się to wyczuć podczas jego słuchania. W twórczości muzycznej musi przyjść kiedyś czas, gdy artysta czuje się wypalony i brakuje mu nowych pomysłów, by utrzymać się na szczycie. Możliwe, że tak stało się w tym przypadku. To, co dla niego wydaje się dobrą muzą, w rzeczywistość jest po prostu nudne. Brakuje mi Seana w starym, dobrym stylu. Trzeba też wziąć pod uwagę, że ten gość naprawdę ma głowę na karku jeśli chodzi o hity, bo tworzy je od wielu lat i utrzymuje się przez ten czas na topie. Na swoim koncie ma wiele współprac z innymi artystami: Enrique Iglesias, Sia, Arash, Alexis Jordan, Ann Marie, Clean Bandit, nie wspominając o jego solowych hitach, których wymienienie zajęło by dużo miejsca i czasu (Get Busy, She Doesn’t Mind). Mam nadzieję, że kolejna muzyka od tego gościa będzie na lepszym poziomie, bo mam ogromny sentyment do jego głosu i twórczości. Przypomina mi młodzieńcze lata, czasy MTV, gdzie muzykę odkrywało się nie na platformach streamingowych, a oglądając muzyczne kanały w TV.

