Festiwale to nie tylko line-upy, światła scen i kilometry przewijanych opasek na nadgarstkach. To wydarzenie, które żyje przez wiele godzin – raz intensywnie, raz w zwolnionym tempie, czasem w deszczu, czasem w słońcu – ale zawsze prawdziwie. Jest taki moment, kiedy stoisz po kolana w błocie, masz zimną wodę w bucie, a nad Twoją głową trzepocze plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, który ledwo trzyma się na ramionach – i mimo to jesteś szczęśliwy. Tak wyglądał OFF Festival. To nie jest impreza, gdzie szukasz luksusu. OFF to wyłom w czasie, muzyczny mikrokosmos rządzony przez emocje. I właśnie o nich, wraz z Kasią Rynkiewicz, wam opowiem.
OFF 2025 to sześć scen, kilka pokoleń słuchaczy, dziesiątki koncertów i setki emocji. To także ostatni raz, gdy… zapomniałem kaloszy. Ale po kolei.
DZIEŃ PIERWSZY: Od dudniącego basu do legend elektroniki
Zacznę od lekkiego chaosu organizacyjnego na start. I choć większość tych rzeczy można zrzucić na „urok wielkich wydarzeń”, to jednak tłumy w kolejce po opaski, które sięgały poza granice Doliny Trzech Stawów i miały cierpliwość mierzoną deszczem, nie są czymś, co powinno się powtórzyć. Start koncertów planowany był na 17:00 – dla wielu osób realny „start” wydarzenia nastąpił dopiero około 19:00, bo dwugodzinne stanie pod bramkami to nie był performance art, tylko frustrująca rzeczywistość.
Ale potem… zaczęło się.
Mój festiwal otworzyło The Cassino – i choć chłopaki grali z ogniem i od serca, to realizatorzy dźwięku chyba za bardzo polubili suwak od basu. Dźwięk dudnił tak potężnie, że niektóre riffy znikały pod ciężarem subwoofera. Trudno było złapać rytm, kiedy scena miała więcej do powiedzenia niż sam zespół. Panie realizatorze: bas ma robić milusio na brzusiu, a nie wywalać bebechy do góry nogami ;) Następnie na tej samej scenie występowała Nilüfer Yanya – artystka pełna subtelności i melancholii. Jej głos miał w sobie coś z dymu i deszczu, które właśnie zaczęły unosić się nad Katowicami.
Później zaliczyłem bieganinę po różnych scenach – Os Mutantes zabrali nas w psychodeliczną podróż przez brazylijskie tropiki, a ich energia, choć oparta na dziesięcioleciach scenicznej historii, była zaskakująco świeża. Ale prawdziwym nokautem emocjonalnym okazał się Kneecap – trio z Belfastu, które mówi prawdę głośno i bez ceregieli. Ich występ był jak zderzenie z czołgiem – agresywny, polityczny, z przekazem ostrym jak szkło. Problemem znów była realizacja: soprany na wokalach waliły tak mocno, że momentami trzeba było się cofać o kilka rzędów.
Finałem pierwszego dnia był Kraftwerk. Na scenie Perlage stanęła legenda. Ja może nie jestem ich wielkim fanem, ale ich miłośnicy mówią jedno: ten koncert to nie było retro – to był rytuał. Ekrany rozbłysły geometrycznymi animacjami, a The Robots, Autobahn czy Numbers pulsowały niczym kod źródłowy muzyki elektronicznej. Publiczność nie potrzebowała skakania – wystarczyło patrzeć, słuchać i… być częścią tej maszyny.
Pierwszy dzień zakończyłem z mokrymi butami i sercem pełnym wrażeń. British summer w polskim wydaniu? Tak, ale mimo kałuż i wpadek – wracałem do domu z uśmiechem.
Wojciech Grabarczyk
DZIEŃ DRUGI: OFF w pełnym spektrum emocji
Drugi dzień festiwalu przywitał nas pełnym słońcem, postanowiłam skorzystać z pięknej pogody, usiąść na trawie i wsłuchać się w polski skład Omasta, który wybrzmiewał z głównej Sceny Perlage i prezentował album Madvilliany. Gdy zaczerpnęłam wystarczająco dużo słońca, wybrałam się na scenę mBank i Visa, aby skonfrontować się na żywo z twórczością Eliasa Roonenfelta. Duński wokalista zaprezentował alt-country, który słuchało się po prostu dobrze.
Kolejnym punktem tego dnia był wytęp punkrockowego składu z Brighton – Lambrini Girls. Nie ukrywam, że na OFFa przyjechałam z kilkoma „must see” i zespół z Anglii było jednym z nich. Co to była za energia i charyzma! Rok temu brakowało mi damskiego, punkowego grania i w końcu je dostałam. Były nawiązania do aktualnej sytuacji na świecie, była interakcja z publicznością, ale nie zabrakło również dobrego grania. Wokalistka Phoebe Lunny bezkompromisowo wykorzystywała całą przestrzeń do poruszenia tematów ważnych, nie zapominając przy tym o muzyce i zabawie. Koncert, który został zwieńczony piramidą z ludzi, zdecydowanie zabłyśnie w mojej topce tego festiwalu.
O Have A Nice Life, słyszałam jedynie w opowieściach, bo przy ulewie i burzy które dotarły nad teren Doliny Trzech Stawów, nie udało mi się tam dotrzeć. Zahaczyłam o Janna, który w oprawie burzowej prezentował swój materiał specjalny i to zdecydowanie dodało magii całemu występowi jaki zaoferował na scenie Perlage. Gdy pogoda się uspokoiła, zebrałam energie, wypiłam kawę i kulturalnie wyczekiwałam, aż na głównej scenie pojawi się headliner tego dnia – James Blake. Od samego początku, wspaniała wrażliwość, teksty i wokal porwały mnie w pełni. Blake nie jest królem interakcji ale momentami angażował publikę do śpiewania jego tekstów co tworzyło niesamowitą aurę, którą wypełniał wstawkami elektronicznymi.
Ten koncert to była finezja w pełnej postaci.
Kasia Rynkiewicz
DZIEŃ TRZECI: To była ich noc. Ale również i moja
Willa Kosmos otworzyła scenę eksperymentalną: było przestrzennie, trochę lo-fi, trochę jakby kosmicznie (nomen omen). Równocześnie na scenie mBank/Visa Metro zagrali koncert, który z jednej strony flirtował z synthwave’em, z drugiej – z brudem polskiego podwórka. Ciśnienie chwilę później dało koncert intensywny i gęsty – coś jak SWANS, tylko po polsku, po OFF-owemu.
Mój osobisty highlight? MJ Lenderman. Nie znałem ich wcześniej, ale gdy zaczęli grać, poczułem, jakbym siedział na werandzie w Wyoming, popijał tanią whisky i słuchał historii opowiadanych przy ognisku. To był klimat rodem z amerykańskich pustkowi, ale podany bez patosu. Delikatne i zagrane z wyczuciem gitary oraz głos, który brzmiał jak przyjaciel, którego dawno nie słyszałeś. Prosty amerykański rock z duszą. Piękne to było.
Soft Play – duet, który udowodnił, że punk wciąż ma moc. Świetny kontakt z publicznością, brudne brzmienie, szczerość. Widziałem wokalistę, który wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać, wykrzykując słowa bardzo emocjonalnego numeru „Everything and nothing”. I choć z głośników płynęło sporo hałasu, to z serca – jeszcze więcej. To zespół, którego koncert zawierał wszystko – energiczne zejścia ze sceny do publiczności (niezależnie od plączącego się za nimi kabla od mikrofonu), podejmowanie istotnych tematów (obok wojny w Strefie Gazy poruszali m.in. kwestie zdrowia psychicznego), surową, bezkompromisową estetykę i wyrazistą osobowość sceniczną, a przy tym zapewniali po prostu świetną zabawę – np. grając numer znany z filmów o Johnie Wicku.
Imponowała również ich forma fizyczna – choć tworzą duet, ich sceniczna energia dorównywała pełnemu składowi. W trakcie występu zamieniali się instrumentami, a momentami jednocześnie krzyczeli do mikrofonu i z impetem uderzali w bębny. Przed utworem „Girl Fight” wokalista zaapelował, by pod sceną powstał mosh pit złożony wyłącznie z kobiet. Było to piękne nawiązanie do idei promowanych przez ruch Riot grrrl, zwłaszcza do hasła „girls to the front” – a jeszcze piękniej jest zobaczyć, jak męski skład wciela je w życie.
Na scenie Trójki grał Georgie Greep, którego dźwięki mogę opisać tylko jako hardcore jazz. Trochę jakby Tom Waits zagrał noise’owy set po LSD. Dał koncert tak abstrakcyjny, że czułem się, jakbym był w środku filmu Lyncha. Jazz wymieszany z noise’m. Bardzo technicznie zagrany, a jednocześnie pełen chaosu. Niesamowite przeżycie.
I wreszcie – Fontaines D.C.
Jedna z najważniejszych nazw we współczesnej muzyce alternatywnej i przy okazji – istna OFF-owa historia sukcesu. Gdy w 2018 roku występowali na katowickim festiwalu, trafili na dość niewdzięczną pozycję w programie – grali równolegle z headlinerką dnia, M.I.A. Jednak ci, którzy wtedy wybrali małą scenę i mało jeszcze znaną dublińską grupę, wyszli z namiotu poruszeni. Mówili, że to było coś.
Na scenę weszli punktualnie. Bez słów, bez ozdobników. Zagrali tak, jakby od tego zależało ich życie. Set był podróżą przez wszystkie etapy ich kariery: od surowości Dogrel, przez refleksyjność A Hero’s Death, aż po intensywną dojrzałość Romance. Udało mi się podejść bardzo blisko sceny. Zostałem wciągnięty w pogo podczas jednego z numerów i chyba tylko dlatego zauważyłem, że ugrzęzłem po kostki w błocie. Byłem tak zahipnotyzowany, że wcześniej tego nawet nie poczułem. Czas całego seta zleciał błyskawicznie. Muzyka broniła się sama. Setlista została ułożona z dużym wyczuciem – narastające napięcie i zmieniająca się energia świetnie prowadziły przez cały koncert.
Grian Chatten – oszczędny w słowach, ale hojny w emocjach. „Thank you so much” – to wszystko, co powiedział do publiczności. Ale nic więcej nie było potrzebne. Całą resztę opowiedziała muzyka. Grali numery z najnowszego Romance, ale też te, które poruszają serca od czasów Dogrel. Zaczęli od tytułowego kawałka z ostatniej płyty, a zakończyli najmocniejszym bangerem z tego samego albumu – Starburster. Po drodze – Boys in the Better Land, Jackie Down the Line, najnowszy singiel It’s Amazing to Be Young i przejmujące I Love You z wyświetlanym hasłem FREE PALESTINE wymownie podczas recytowania zwrotki o ludobójstwie.
(…)Selling genocide and half-cut pride(…)
Na koniec na telebimach pojawił się apel:
Izrael popełnia ludobójstwo. Użyj swojego głosu.
Ten pełen emocji i chyba najbardziej polityczny utwór w dorobku grupy idealnie współgrał z przekazem. Miałem ciarki od karku po stopy. Zespół otwierał się przed publicznością całym sercem i duszą, a tłum odpowiadał, śpiewając niemal każdy wers.
Wyszedłem spod sceny Perlage z sercem na dłoni – ich koncert był emocjonalnym blitzkriegiem. To była ich noc. I trochę też moja.
Detale i atmosfera – czyli miasteczko OFF-a w 2025.
Gdy tylko zapadał zmrok, Dolinę Trzech Stawów rozświetlały lampki i kolorowe światła – ciepłe żarówki rozwieszone między drzewami, świecące girlandy przy foodtruckach i strefach chilloutu. Każdy zakątek miał swój klimat. Gdzieś na uboczu, między OFF’n Jazz Clubem a sceną BLIK, rozłożono hamaki i leżaki. Scena gastro w tym roku dała radę. Oferta jak z kulinarnego przewodnika po świecie: burrito, currywurst, pierożki wonton, burgery, ramen, greckie pity, kiełbasy, kanapki z rybami i klasyki spod znaku frytek i zapiekanek. Wszystko, czego dusza zapragnie – i co ważne, naprawdę smaczne.
Ale nie wszystko było jak z katalogu.
Jeśli OFF ma coś do poprawienia na przyszłość (poza kwestią kolejek po opaski), to z całą pewnością chodzi o infrastrukturę toaletową. Toi-toie, choć liczne, momentami nie nadążały za potrzebami publiki. Może warto pomyśleć o większej liczbie kabin, lepszym rozmieszczeniu i częstszej obsłudze serwisowej? Serio – OFF zasługuje na toalety, które nie straszą. Umywalki z bieżącą wodą to też festiwalowy must-have, a nadal jest ich zbyt mało jak na taką liczbę uczestników. Warto też zagadać do Katowickich Wodociągów o Dużą Beczkę – idealnie sprawdza się na takich eventach. Szczególnie że woda powinna być darmowa.
Bo klimat OFF-a tworzy się nie tylko na scenach. Tworzy się w drobiazgach – w świetle lampki, w dymie, w parze nad kubkiem kawy, w rozmowie z nieznajomym na ławce przy strefie chilloutu. I choć przez trzy dni przewija się tu kilka tysięcy ludzi, wszyscy zdają się mówić tym samym językiem: językiem festiwalowej wspólnoty.
Nie żegnam – tylko do zobaczenia
OFF to miejsce, gdzie alternatywa nie jest modą, ale postawą. Gdzie jazz spotyka elektronikę, punk ściska się z rapem, a klasyczne brzmienia przeplatają się z tym, co dopiero przed nami.
Właśnie! Jeszcze jedna rzecz… Polskie lato coraz bardziej przypomina British Summer. Myślę, że najwyższy czas zaopatrzyć się na przyszłość w solidną parę kaloszy, których w tym roku zdecydowanie mi zabrakło ^^
