W dzisiejszym odcinku odpłynąłem trochę w przeszłość za sprawą dwóch pierwszych muzyków, którzy towarzyszyli mi jeszcze w czasach licealnych. Natomiast, żeby powrócić na ziemię, na koniec postanowiłem zaserwować legendę pustynnego bluesa, którym od jakiegoś czasu jestem zafascynowany. Zapraszam do odsłuchu!
Na początek wybrałem dobre gitarowe granie od Petera Greena. Jest to człowiek legenda, założyciel zespołu Fleetwood Mac, trzeci gitarzysta na liście wszech czasów magazynu MOJO w 1996 roku, trzydziesty ósmy gitarzysta na liście stu najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone w 2003 roku – ogółem jest to jeden z najlepszych gitarzystów jakich nosiła planeta Ziemia. Jego dorobek to cztery albumy ze swoim zespołem oraz siedem płyt solowych. I właśnie nad jednym z solowych krążków Greena pragnę się pochylić – nad krążkiem Watcha gonna do?. Zetknąłem się z tą płytą bardzo dawno i doskonale pamiętam, że od razu zrobiła na mnie wrażenie, ponieważ zaczyna się perfekcyjnie – utworem Got to see her tonight. Bas w tym utworze jest idealny – niby prosty, ale tak inteligentnie przemyślany. Do tego wokal, który aż do tej pory jest jednym z moich ulubionych. Muzyka na Watcha gonna do? to dobry, rasowy rock z zacięciem bluesowym czy nawet z momentami delikatnie popowymi (albo reggae-owymi jak w Give me back my freedom, który jest jednym z moich ulubionych kawałków z tego wydawnictwa). Bardzo polecam, bo Peter Green, nie dość, że serwuje dawkę porządnej muzyki, to jeszcze bardzo odpręża.
Jakoś tak się złożyło, że dzisiejszy odcinek prawie w całości jest dla mnie sentymentalny. Na początku był Peter Green, a teraz będzie Akeboshi – obydwu panów poznałem mniej więcej w tym samym czasie, czyli jeszcze w szkole średniej, więc wiadomo – gdy tylko słyszę te dźwięki od razu mam przed oczami te piękne lata. Ale czas przejść do konkretów. Akeboshi pochodzi z Japonii i znają go z pewnością wszyscy fani Naruto, ponieważ to właśnie jego piosenka została wykorzystana pod koniec serialu (był to utwór Wind). Muzyk ten ma na swoim koncie osiem płyt (w tym trzy długogrające), które utrzymane są w stylistyce szeroko rozumianego folku i rocka. Śpiewa on po angielsku i japońsku ze zdecydowaną przewagą tego pierwszego. To teraz taki obrazek, który towarzyszy piosence, którą prezentuję: wiosna, słońce, idziemy na wagary z moją licealną paczką, śmiejemy się i nic przecież nas nie martwi. Akikaze no uta – ten utwór wywołuje we mnie właśnie takie emocje, ale czyż nie jest wyjątkowo radosny? Posłuchajcie sami!
Na koniec Bali Othmani – jeden z przedstawicieli pustynnego bluesa z Algierii. Othmani zmarł przed jedenastoma laty (jego ciało znaleziono w rzece), ale pozostawił po sobie muzykę zawartą na trzech płytach – Assouf (została nagrana ze Stevem Shehanem), Assarouf (również nagrana ze wspomnianym muzykiem) oraz (wydany już pośmiertnie również we współpracy z Shehanem) album cd i dvd zatytułowany Assikel. Muzyka nagrana przez współpracujących muzyków to, tak jak już podkreśliłem na wstępie, pustynny blues, ale ten w wykonaniu duetu różni się trochę od tego współczesnych wykonawców. Tutaj mamy więcej tradycji, a zdecydowanie mniej gitarowego grania. W ich muzyce wokale są delikatniejsze, a całość kompozycji bardziej arabska niż europejska (chociaż nie bez całkowitego wpływu tej drugiej kultury), co pewnie było idealnym podłożem i zalążkiem dla teraźniejszych twórców (warto dodać, że Othmani to legenda muzyki Algierskiej). W pięć lat po tragicznej śmierci artysty, na scenę wkroczył jego syn Nabil, którym bardzo polecam się zainteresować – tworzy on już klasyczny pustynny blues z charakterystycznym dla gatunku brzmieniem gitary.

