Site icon All About Music

Od panny młodej do Panny Jackson – historia grupy Panic! at the Disco

Historia tej Amerykańskiej grupy mogłaby posłużyć do stworzenia scenariusza filmowego… no dobra, kilku odcinkowej serii, z jednym, głównym bohaterem – Brendonem Urie. Gdyby nie on, zespół prawdopodobnie rozpadłby się na etapie tworzenia własnego materiału (bo granie coverów Blink- 182 w nieskończoność sławy nie przynosi), lub zapełnił dopływ morza zwanego ,,Kapelami dającymi koncert za 20 dolarów’’, choć na samym początku to nie on był liderem odpowiadającym za brzmienie zespołu. Cofnijmy się jednak w czasie…

… i przenieśmy do roku 2004. Wtedy to 4 licealnych kumpli: Ryan Ross (gitara), Brent Wilson (bas), Spencer Smith (perkusja) oraz Brendon Urie, postanowiło założyć band. Co ciekawe, to Ryan, a nie Urie, zaczynał w kapeli jako wokalista. Panowie zainstalowali się w salonie babci Smitha i rozpoczęli granie coverów różnych zespołów… Właściwie tylko jednego – wspomnianego Blink-182. Grupa ta wywarła olbrzymi wpływ na początkowe brzmienie Panic!a, które jednak z każdą następną płytą zmieniało się nie do poznania. Jak wspomina perkusista: gdy przenieśliśmy się do profesjonalnej sali prób, ćwiczyło tam około 30 zespołów, w większości death metalowych. Co za tym szło, inspirowała ich każda muzyka. Chcieli jednak odciąć się od brzmienia Las Vegas – miasta z którego pochodzą – i przenieść je do trochę innego stanu – California.

Wtedy na drodze pojawiła się przeszkoda – chłopcy byli nastolatkami chodzącymi do liceum, więc ich los mieścił się w rękach rodziców, a muzyczne plany na przyszłość synów nie za bardzo im odpowiadały. Najradykalniejsi byli starzy Brendona, gdyż postawili mu ultimatum: albo idziesz na studia, albo wylatujesz z domu. 17-latek wybrał to drugie. Znalazł pracę i zaczął nie tylko żyć na własny rachunek, ale również opłacać salę, w której Panic! at the Disco szlifowało swój materiał. Zastanawialiście się pewnie, dlaczego tak dużo miejsca w tym tekście poświęcam panu Urie? Już wiecie. Wiele jego decyzji sprawiło, że wraz ze swoim zespołem jest w tym miejscu, co teraz. Ale najlepsze dopiero przed Wami.

Gdy grupa nagrała swój materiał demo, chłopcy postanowili powysyłać płytki do odpowiednich ludzi. Początkowo telefon milczał niczym osoba, która przed chwilą obejrzała klip do piosenki Rolowanie Nataszy Urbańskiej. I wtedy Brendon znów wziął sprawy w swoje ręce. Poszedł na całego i podesłał link do utworów swojego zespołu Pete’owi Wentzowi – basiście Fall Out Boy – który w tamtym czasie rozpoczynał działanie własnej wytwórni płytowej Decaydence Records. Efekt? Miliony sprzedanych płyt oraz przyjaźń ekip Panic! at the Disco oraz Fall Out Boy do dnia dzisiejszego. Ich znajomość jest na tyle dobra, że chłopcy wzajemnie wspierają się podczas nagrywania albumów, a na weselu Brendona z wybranką jego serca – Sarah Orzechowski – bawił się cały skład FOB.

A Fever You Can’t Sweat Out – taki tytuł nosił debiut płytowy Panic!a. W momencie jego premiery, chłopcy (prócz Ryana) nie mieli skończonych 18 lat. Jak wspominał Ross – autor wszystkich kompozycji na krążku – longplay nagrano w 5 tygodni. By ich album brzmiał najlepiej, jak się da, przyszłe gwiazdy rocka spędzały w studio nawet 15 godzin dziennie. Cel został osiągnięty – sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy tego wydawnictwa. Niekwestionowanym hitem krążka stał się utwór I Write Sins Not Tragedies, który wydano jako singiel promujący płytę. Gdy rówieśnicy chłopaków z Panic! at the Disco zdobywali drugą bazę, oni sami zdobywali wysokie miejsca na listach przebojów. Ameryka zakochała się w czterech słodkich chłopcach z Nevady. Umówmy się – wtedy na topie byli Jonas Brothers – tak więc każda paka złożona z gości z grzywką stałaby się w tamtym czasie popularna. Ale Panic! nie był zwykłym komercyjnym tworem – chłopcy brzmieli bardzo rockowo i dojrzale, bynajmniej nie ze względu na swój wiek, ale doświadczenie. Grali od ledwie ponad ro(c)ku, a już przyszło im występować na największych scenach Stanów Zjednoczonych. W mojej opinii, gdyby nie Jonasi, Panic! at the Disco stałoby się jeszcze popularniejszą grupą, aniżeli jest nią dzisiaj. Zestawiając te dwie kapele porównuję jedynie ówczesną główną grupę docelową. Muzycznie zespoły te były oddalone od siebie niczym dwa bieguny. Gdy bracia Jonas reprezentowali pop rock, Panic! serwował słuchaczom bardzo przemyślany emo – pop punk, z elementami rocka alternatywnego. W połączeniu z eleganckimi ciuszkami, efekt końcowy (Maciej)musiał być idealny. Wyruszyli w trasę koncertową, w trakcie której z zespołu wyleciał basista Brent Wilson. Jego miejsce szybko zajął Jon Walker. Ten najlepiej zaczął się dogadywać z Ryanem Rossem, co miało okazać się znamienne dla przyszłości grupy.

Pretty. Odd. to druga płyta studyjna Panic! at the Disco. Muzyczna podróż w czasie i stylistyce. Zupełne odejście od debiutu, posiadające jednak ten ,,panicowy’’ klimat. Ale po kolei. Gdyby ktoś w roku 2006 powiedział, że jedna z najpopularniejszych ówczesnych grup pop punkowych – jaką niewątpliwie był kwartet z przedmieść Las Vegas – nagra album w stylu The Beatles czy The Beach Boys, kazano by mu strzelić sobie w łeb. A jednak, drugie studyjne dzieło zespołu to ukłon w stronę tych dwóch wielkich zespołów. Pokazanie muzycznemu światu, że zmiana stylu może przydarzyć się każdej kapeli – nawet tej z elementami punk rocka. Za wszystkie kompozycje po raz kolejny odpowiedzialny był Ryan Ross, z małą pomocą reszty składu. Album ten chłopcy nagrywali w świątyni muzyki rockowej – Abbey Road Studios. Możliwość tworzenia w tym samym miejscu co the Beatles spotyka naprawdę niewielu, dlatego praca nad płytą przebiegała powoli i mozolnie. Efekt? Mieszane recenzje krytyków zarówno z Europy jak i zza oceanu. Jedni doceniali to, że chłopcy wykonali krok w stronę bardziej dojrzałej muzyki, inni za to zarzucali im brak prawdziwości. Dla fanów grupy opinie te raczej były bezwartościowe – pokochali ich nowe wcielenie tak samo, jak to odrobinę starsze.

Każda nowela posiada swój punkt kulminacyjny, moment, który jest przełomowy w fabule danej historii. W tej, jest to rok 2009. Wtedy właśnie Panic! at the Disco postanowił zabrać się za następcę Pretty. Odd. Już wstępna próba stworzenia materiału stała się niemożliwa, gdyż chłopcy mieli odmienne wizje zespołu. Brendon wraz ze Spencerem chcieli mieć większy wpływ na brzmienie, ponieważ 99% kompozycji na poprzednie płyty skomponował Ryan Ross. Ten jednak nie zamierzał tracić swojej pozycji w grupie. Panic! podzielił się wtedy na 2 teamy: Brendon Urie i Spencer Smith vs. Ryan Ross i Jon Walker. Było pewne, że band nie przetrwa w takim składzie i tylko kwestią czasu było ogłoszenie, która część kapeli wyskoczy za burtę. Wszystko wyjaśniło się 6 lipca 2009 roku. Na oficjalnej stronie Panic! at the Disco pojawił się wpis mówiący o tym, że grupę opuszczają Ryan i Jon. Jak wspominał ten pierwszy: Głównym powodem rozłamu był konflikt między mną a Brendonem, który chciał pójść w stronę bardziej popowego brzmienia, kiedy ja sam wolałem nadal obracać się ściśle w sferze muzyki rockowej. Po odejściu Ryan wraz z Jonem stworzyli kapelę o nazwie The Young Veins. Jest jednak tak mało znana, że nie ma w ogóle sensu o niej pisać. I tak nie przesłuchalibyście ich żadnego nagrania, prawda?

W Panic!u nastały ciężkie czasy. Prace nad albumem stanęły w miejscu. Trzeba było zastanowić się: co robić? Szukać przypadkowych grajków i kończyć z nimi pisanie piosenek na płytę, czy może działać jako duet, bez stresu związanego ze współpracą z nowymi muzykami. Wybrali duet. Ale zanim wydali nowy album, po raz pierwszy odwiedzili nasz cudowny kraj.

Ogólnie trochę wstyd mi o tym pisać, ale o występie Panic! at the Disco na Coke Live Music Festival 2010 dowiedziałem się… jakieś 10 minut przed ich wejściem na scenę, gdy pchałem się jak najbliżej barierek, by mieć super miejscówkę na show Muse (byli wtedy gwiazdą imprezy). Jakież było moje zdziwienie, kiedy zajrzałem w plan festiwalu i zauważyłem występ chłopaków przewidziany właśnie na ten moment. Po niespodziewanej chwili ekscytacji w głowie pojawiło się pytanie: jak to wszystko będzie wyglądało? Czy Brendon bez wsparcia Ryana poradzi sobie na scenie? Dodam, że było to jedno z pierwszych show grupy jako duet, więc moje dywagacje nie były bezpodstawne. Po ich pojawieniu się na scenie szybko zrozumiałem, że zamartwianie się było zupełnie nie potrzebne – chłopcy pokazali na scenie to, za co kocha się muzykę pop punkową: zaangażowanie, skakanie po scenie, kontakt z publicznością (fanki krzyczały BRENDON! BRENDON! nie ciszej, aniżeli dzień wcześniej JARED! JARED!, gdy występowali 30 Seconds To Mars). Dla mnie najlepszy koncert całego Coke Live. Występujący po nich Muse wyglądali dla mnie jak pracownicy kopalni z 15 letnim stażem, którzy weszli na scenę tylko po to, by odbębnić fuchę i być po robocie. Nie tego spodziewałem się po grupie uważanej przez wielu za jedną z lepszych na świecie. Tyle o Brytyjczykach, to nie jest tekst o nich. Po występie Panic! At The Disco miałem tylko jedną myśl w głowie: jak będzie brzmiała ich nowa płyta?

http://www.youtube.com/watch?v=BzdDrbFDkKg

Vices & Virtues, trzeci studyjny album grupy nie był dużym zaskoczeniem. Kilka miesięcy przed jego premierą – która odbyła się w marcu 2011 roku – w stacjach radiowych i sieci hulała kompozycja The Ballad Of Mona Lisa. Melodyjna, wpadająca w ucho, z zadziorną gitarą w refrenie. Byłem zadowolony z drogi, jaką obrał nowy Panic!. Jednak warto odnotować, że wspomniane przeze mnie 3 akapity wyżej słowa Ryana były prorocze – zespół zaczął brzmieć bardziej popowo. Ale był to pop – rock ambitny, przyprawiony niekiedy alternatywą. Płyta brzmiała radośnie, pozytywnie, choć od czasu do czasu pojawiły się momenty poważne, jak np. Let’s Kill Tonight (motyw gitarowy w refrenie brzmi jakby żywcem wyciągnięty z November Rain Gunsów). Brendon stał się pewniejszy na scenie, odnalazł siebie w nowych utworach grupy, których w lwiej części był kompozytorem. Co ciekawe, już nieobecny w składzie Ryan Ross został wymieniony jako współautor jednej z piosenek na krążku, dzięki czemu jego budżet, co jakiś czas będzie zasilany całkiem sporą sumką dolarów. Istotnym punktem całego albumu jest pozycja numer 9 – Sarah Smiles – dedykowana żonie Brendona, która wtedy była jeszcze „tylko” jego dziewczyną.

Po wydaniu tego albumu o Panic! at the Disco zrobiło się jakoś cicho. Pograli koncerty promujące nowo wydaną płytę i tyle. Gdy fani obawiali się, że w zespole powstają jakieś niepotrzebne konflikty, w 2012 roku zespół oznajmił, że pracuje nad następcą płyty Vices& Virtues. Kamień z serca spadł. Za to w lipcu 2013 podali nazwę nowego dzieła – Too Weird To Live, Too Rare To Die!. Tytuł długi i nieco pogmatwany, ale jak pokazała przyszłość, pogmatwany miał być też cały album.

Too Weird To Live, Too Rare To Die! został wydany 8 października 2013 roku, ale już od początku lata można było usłyszeć jego niewielką część – piosenkę Miss Jackson, promującą owe wydawnictwo. Utwór ten zaskoczył krytyków i fanów grupy. Dlaczego? Tutaj szybciutko wypunktuje istotne fakty związane z ich dyskografią: pierwsza płyta – pop punkowe brzmienie, druga – rock psychodeliczny a’la the Beatles, trzecia – dojrzały pop rock. A tu nagle z głośników słyszę… hip hop zmieszany z R&B. Myślę to chyba nie Panic!, coś źle kliknąłem. Po chwili zdaję sobie sprawę, że głos wokalisty w utworze należy do Brendona, a moje zaskoczenie i szok stają się faktem – Panic! at the Disco nagrał piosenkę hip – hopową! Wmawiam sobie, że już wiele razy dawałem się nabrać na te single promujące nowe wydawnictwa. Zespół brzmiał na nich zupełnie inaczej, ale reszta krążka była już w starym stylu. Byłem pewien, że tu będzie podobnie. Fakt ten potwierdziła wydana chwilę po Miss Jackson kompozycja This Is Gospel – brzmiąca jak Panic!, z odrobiną elektroniki. W końcu nastał 8 października. Zaczynam przesłuchiwać płytę. Pierwsze dwie pozycje na krążku to wspomniane This Is Gospel i Miss Jackson. Znałem je, więc czekałem na kolejne utwory. To, co nastąpiło później wbiło mnie w fotel. Płyta Too Weird To Live, Too Rare To Die! okazała się albumem synthpopowym – z dużą dawką elektroniki, klawiszy, bębnów z lekkim pogłosem i wokalem – w znacznej części przesterowanym. Efekt? Dla mnie piorunujący. W prawdzie recenzje albumu są mieszane, ale nie przykładam do nich większej uwagi. Dla mnie Too Weird To Live, Too Rare To Die! to najdojrzalszy album w historii Panic!a: przemyślany, wprowadzający słuchacza w magiczny nastrój, zmuszający do włączania go jeszcze raz i jeszcze raz. Minusy? Za krótki, 10 kompozycji i nieco ponad 30 minut muzyki to zdecydowanie mało. Spokojnie można było nagrać te 2, 3 piosenki więcej, żeby wydłużyć słuchaczowi przyjemność. Fanów martwić może jedna sprawa – okładka albumu i ideologie, jakie można sobie do niej dopisać. Na froncie płyty widzimy samego Brendona palącego papierosa. Sprawy zdrowotne odłożę na bok, a skupię się na nurtującym – nie tylko mnie – pytaniu: czy Panic! at the Disco to jeszcze zespół, czy już tylko renomowana i znana marka, pod którą Urie wydaje swoje autorskie kompozycje? Czy reszta składu decydowała w jakikolwiek sposób o kształcie utworów? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, zwłaszcza w świetle wydarzeń z zeszłego roku. Końcem sierpnia 2013 do mediów trafiło oświadczenie, iż Spencer Smith jest uzależniony od alkoholu oraz leków. Z tego powodu zdecydował się podjąć leczenie w specjalistycznej klinice odwykowej. Od tamtej pory, w czasie trwającej obecnie trasy promującej album (niestety nie zaplanowano koncertu w naszym kraju), Smith jest zastępowany przez innego bębniarza. Co za tym idzie, jedynym obecnie występującym muzykiem z pierwszego składu Panic! at the Disco jest Brendon Urie…

W tym roku mija 10 rocznica powstania grupy. W czasie tych 10 lat przez zespół przewinęło się prawie 10 muzyków. To dużo, jak na stosunkowo krótki okres działalności. Wydali 4 płyty, każdą w zupełnie innej stylistyce. Zmienili panowanie w grupie – z władania Ryana na rządy Brendona. Jeden z członków popadł w nałóg, kolejny się ustatkował. Istny rock&roll.

Co przyniesie Panic!owi przyszłość? Tego nie wie nikt, chyba nawet oni sami. Jak będzie brzmiała ich następna płyta? Czy znowu zaskoczą fanów i nagrają album w stylu… nie wiem, Elvisa Presley’a? A może powrócą do korzeni i stworzą longplay w pop punkowym stylu? Czy Panic! at the Disco za parę lat to nadal będzie Panic! at the Disco, a nie solowy projekt Brendona, zatytułowany Brendon! At The Disco lub Panic! at the Urie? Te pytania na razie pozostają bez odpowiedzi, ale jedno wydaje się pewne: w przypadku tego zespołu nic nas już nie zaskoczy.

Exit mobile version