2016 rok zawitał do nas już ponad trzy tygodnie temu, a mimo to ja nadal czuję się tak, jakby Sylwester dopiero co się odbył. Łapię się na tym, że pisząc datę wciąż używam roku 2015, zapominam, że rocznikowo mam już 23 lata i takie tam.
Zapewne część z nas w ostatnim czasie wymyśliła jakieś tradycyjne już noworoczne postanowienie. Jedni podejmują wyzwanie zrzucenia zbędnej ilości kilogramów (o czym pisałem tydzień temu), inni chcą przeczytać jak największą ilość książek (co oczywiście trzeba pochwalić). Ale są na pewno też i tacy, którzy pomyśleli sobie – założę swoją kapelę rockową, z którą podbiję świat. Cóż, będę teraz stanowczy i być może zmiażdżę czyjeś marzenia niczym młot pneumatyczny, ale mówię od razu – to się niemal na pewno nie uda. Szansa jest, ale taka sama jak ta, że teraz po wejściu do kuchni ujrzysz w niej gotującą tobie pierogi Rihannę. Czyli bliska zeru.
Tekst ten dzielę na dwie części. Jest zbyt długi, by wrzucać go od razu w całości. Reszta tej historii za tydzień.
Jak zapewne część z Was wie, jestem niespełnionym muzykiem rockowym (piszę o tym w krótkim opisie własnej osoby znajdującym się pod każdym moim wpisem). W wieku 16 lat założyłem swoją pierwszą kapelę, złożoną z dwóch gitar akustycznych oraz tamburyna. Głęboko oraz szczerze wierzyłem, że podbiję z nią najpierw Polskę, a potem cały świat. Żeby ten cel się spełnił, pisałem teksty piosenek w języku angielskim. Jakoś ciężko było mi tworzyć po polsku, co jak teraz sobie o tym pomyślę, mogło wpłynąć na to, że moje marzenia o karierze muzycznej pękły niczym prezerwatywa nieuważnym kochankom.
Postaram się skondensować moją prawie 4 – letnią „karierę muzyczną” do jak najmniejszej ilości słów. Ku przestrodze, by zbyt wcześnie nie uwierzyć w to, że rzeczywiście jest się na tyle dobrym, by co wieczór dawać koncerty przed setkami fanów, i w ten sposób zarabiać pieniądze na dostatnie życie.
Swój zespół nazwaliśmy Flypaper 22. Słowo flypaper oznacza lep na muchy, a numer 22 dodaliśmy dlatego, że nasze ulubione zespoły Blink- 182 oraz Sum- 41 miały w swojej nazwie liczbę. Jak się domyślacie, nasza nazwa nie miała kompletnie żadnego sensu. I to nam bardzo odpowiadało. Miało to ducha muzyki pop-punkowej, którą z zamiłowaniem wykonywaliśmy. Mimo, że nie byliśmy nawet podpięci do wzmacniaczy.
Po jakimś czasie uformowaliśmy stały skład złożony z dwóch gitar elektrycznych, basu i perkusji. Klasyczny kwartet. Gdy w każdy weekend odgrywaliśmy nasze autorskie pozycje, czuliśmy, że są one naprawdę dobre, a może nawet bardzo dobre. Tata naszego pałkera pracował jako akustyk w rzeszowskim teatrze, przez co w jego domu, miejscu naszych prób, roiło się od wszelakiego sprzętu, którym mogliśmy nagrywać nasze kawałki. Nie był to poziom profesjonalnego studia nagrań, ale dzięki temu oszczędzaliśmy grube pieniądze, które właśnie w takich profesjonalnych studiach musielibyśmy wydać. Kilka lat temu godzina nagrywania w takim miejscu kosztowała 40 złotych. Wydaje się, że to nie dużo. To prawda. Tyle, że zanim rozstawi się bębny, mija jedna godzina, a gdy perkusista skończy realizację jednego utworu i popatrzy na zegarek to widzi, że minęły kolejne trzy. Teraz pomóżcie to razy dziesięć, a potem jeszcze razy cztery, bo taki sam proces przejdą dwie gitary, bas oraz wokalista. A i tak mówimy tu o „oszczędnym trybie pracy”.
Ja to ten po prawej
Wracając do tematu. Gdy nagraliśmy nasze piosenki, stworzyliśmy konto na MySpace i umieściliśmy je do odsłuchu dla naszych potencjalnych słuchaczy. Po kilku dniach otrzymywaliśmy wiadomości o ciepłych i bardzo miłych treściach. Ludzie pisali, że super słucha się naszych utworów, że dobrze się złożyło, że grupa grająca taką muzykę powstała w Rzeszowie. Sporo osób pytało się, kiedy zagramy jakiś koncert. Skoro „fani” domagali się występów na żywo, nie mogliśmy im odmówić. Zaczęliśmy szukać odpowiedniego miejsca i już po kilku dniach intensywnej pracy udało nam się takowe znaleźć – Klub 1/4 mili. Wnętrze wyglądało jak totalna speluna (zresztą lokal ten właśnie taki był), a okoliczne pijaczki sączące tanie piwo dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy. Pamiętam, że w rogu jednego z pomieszczeń stała karoseria malucha! Mimo tych wszystkich „niedogodzeń” klub ten zawsze będę wspominał ciepło i z uśmiechem na twarzy. To tam rozegraliśmy przecież nasz pierwszy koncert.
Nie ukrywam, że bardzo emocjonalnie podeszliśmy do tego występu. Każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na próby, by wypaść jak najlepiej. We koncertowej setliście pomieszaliśmy nasze kawałki z coverami Green Daya i Blink- 182. Gdy nastał dzień koncertu – był to piątek 15 października 2009 roku – serce cały czas podchodziło mi do gardła. W kilku momentach niemalże z niego wyleciało. Z natury jestem cholernie nieśmiałą osobą, więc domyślacie się, ile stresu musiało mnie to wszystko kosztować. Ale takie są przecież realia zawodu rockmana – mówiłem sam do siebie.
Gdy wybiła godzina 20.00, wraz z trzema kompanami stanęliśmy przed zebraną widownią. Zerknąłem za siebie, by upewnić się, że Misiek – nasz perkusista – jest już gotowy do grania. Siedział na siedzisku z miną wskazującą pełną gotowość. No to jedziemy.
Ze swojej repliki Gibsona Les Paula Juniora odegrałem pierwsze akordy do Basket Case Green Daya. Na czole mym pojawiły się krople potu. W lokalu było bardzo duszno. Zacząłem śpiewać słowa Do you have the time to listen to me whine. Poczułem niespodziewany napływ gorącą w moim brzuchu. Gdy zbliżałem się do momentu, w którym do gitary i wokalu dołącza reszta instrumentarium, myślałem, że zaraz zwymiotuję. Na szczęście nie uraczyłem publiczności widokiem strawionego obiadu i z każdą następną sekundą wszystko wracało do normy. Zacząłem czuć się jak ryba w wodzie. Kiedy dobrnęliśmy do końca wiedziałem, że to jest to, co chcę robić w życiu. Zwłaszcza, że za odegranie niespełna 40 – minutowego koncertu dostaliśmy po 50 złotych na głowę. Dla ucznia pierwszej klasy liceum było to bardzo dużo. Całość przetraciłem w McDonaldzie, ale nie przejmowałem się tak szybką utratą zarobionych pieniędzy. Czułem się jak gwiazda rocka. Było to piękne uczucie.
Gdy wyczuwalne w powietrzu euforia i podniecenie wyleciały przez okno, zaczęliśmy schodzić powoli na ziemię. Od debiutanckiego występu mijały kolejne miesiące, a my, oprócz grania dla siebie w czasie prób, nie wykonywaliśmy tego przed widownią. To nie tak, że byliśmy w tej kwestii leniwi, czy może nawet wybredni. Po prostu byliśmy za młodzi, by właściciele klubów zezwalali nam na wejście do środka. Każdy z nich obawiał się, że nasi słuchacze, czyli osoby w 90% nieletnie, kupią alkohol w barze i przysporzą mu kłopotów. Z jednej strony im się nie dziwię, ale z drugiej mam żal, że nie dali nam szansy, którą z pewnością byśmy wykorzystali. W końcu, na początku marca szczęście się do nas uśmiechnęło. Skontaktował się z nami pewien zespół i zaprosił nas do wspólnego występu w pubie o nazwie Remont.
Lokal ten również nie powalał swoją stylistyką wnętrza. Był usytuowany w dawnej piwnicy budynku, w którym się znajdował. Ściany pokryte były cegłą, śmierdziało tam stęchlizną i dymem papierosowym (było to chwilę po wprowadzeniu zakazu palenia w lokalach, ale jak widać właściciel się tym raczej nie przejmował), generalnie standardom tym daleko było do O2 Areny w Londynie.
Kiedy robiliśmy próbę dźwięku wszystko wskazywało na to, że koncert ten okaże się sporym sukcesem. Co chwila pojawiały się nowe osoby. W palecie różnorodnych t-shirtów można było odnaleźć koszulki z ręcznym napisem Flypaper 22, co, jak Red Bull, dodawało nam skrzydeł. Gdy zaczęliśmy grać, w klubie rozpoczął się niezły armagedon. Ludzie skakali, śpiewali razem z nami refreny naszych autorskich piosenek. Myślałem, że moje serce pęknie z zachwytu. Po wykonaniu ostatniej kompozycji publiczność domagała się więcej. Byłem tak podekscytowany, że postanowiłem pozbijać piątki z pierwszym rzędem. Skończyło się to tym, że przez przypadek uderzyłem jedną dziewczynę gryfem gitary w głowę. I to całkiem mocno. Nie była na mnie za to zła.
Po zwinięciu sprzętu przyszedł do nas właściciel klubu i wręczył każdemu stuzłotowy banknot. Widok Bolesława Chrobrego znajdującego się w mojej ręce, zarobiony tylko i wyłącznie swoją własna pracą, sprawił, że chodziłem pół metra nad ziemią. Byłem w euforii. W głowie układałem ambitne plany trasy, w którą pojechalibyśmy jakimś starym i zdezelowanym gratem. Teraz się z tego śmieje, ale wtedy myślałem o tym na poważnie. Ba, zastanawiałem się nawet nad rzuceniem szkoły, by mieć więcej czasu na pisanie tekstów i komponowanie muzyki!
Powróciła szara codzienność. Znów jedynym miejscem, w którym graliśmy, była sala prób. Weekend w weekend spotykaliśmy się tam punktualnie o godzinie 12.00, by szlifować i opracowywać autorski materiał. Uzbieraliśmy w sumie 12 kawałków, które aż prosiły się, by zaprezentować je przed żywą widownią. Niestety, każda próba organizacji koncertu zostawała odrzucona z tego samego powodu – naszego braku pełnoletniości. Pewnego dnia rzeczywistość miała stać się dla nas milsza – jeden klub zgodził się na nasz koncert. Jednak gdy usłyszeliśmy warunki występu, odechciało nam się nawet rozpoczynać prace związane z jego realizacją. Po pierwsze, musieliśmy opłacić nagłośnienie – 300 złotych. Po drugie, musieliśmy opłacić ochroniarza – 150 złotych. Dodatkowo musieliśmy być pewni, że ludzie, którzy przyjdą nas zobaczyć, wykupią w barze alkohol za minimum 1500 złotych. Dopiero po spełnieniu tych wszystkich kryteriów reszta zysków miała zostać przekazana nam. Gdyby któryś z tych wymogów nie został spełniony, z własnej kieszeni mielibyśmy opłacić te różnice. Sami przyznacie, że był to słaby układ, dlatego od razu powiedzieliśmy właścicielowi nie.
Każda historia ma swój punkt kulminacyjny. W przypadku tej był to na pewno ogólnopolski festiwal Rockowa Noc, na którego edycję w roku 2010 się dostaliśmy. Z ponad 60 kapel z całej Polski wyłoniono jedynie sześć grup muzycznych, które miały wystąpić na scenie usytuowanej na rzeszowskich błoniach. „Zaszczyt” ten przypadł właśnie nam. Byliśmy najmłodszym zespołem w historii, który dostał się do części finałowej. Miesiąc wcześniej zagraliśmy na zakończenie wakacji na imprezie Radia Rzeszów zorganizowanej na rzeszowskim rynku. W ciągu miesiąca rozegraliśmy w sumie 5 koncertów, co dawało nam bardzo zadowalającą średnią jeden występ na tydzień. Przy okazji zmieniliśmy nazwę na Critical Rage, która brzmiała poważniej niż szczeniackie Flypaper 22. Coraz więcej osób interesowało się moim muzycznym projektem. Otrzymywałem prywatne wiadomości od dziewczyn, które chciały się ze mną umówić na randkę. Wszystko wskazywało na to, że moje marzenia naprawdę się ziszczą.
Reszta historii rockmana, który został dziennikarzem muzycznym, już za tydzień.

