Site icon All About Music

O.S.T.R. – Gniew (2020), recenzja Wojtka Chabera

Na nowym albumie, Ostry jest gniewny i gorzko recenzuje rzeczywistość. Czyli, jak zwykle, ale Gniew jest kolejnym po Instrukcji obsługi świrów dowodem na to, że Łodzianinowi przydałaby się przerwa.

O.S.T.R. to artysta niezwykle pracowity i sumienny. W ciągu tylko ostatnich dwóch lat dostaliśmy od niego trzeci album, a po drodze była jeszcze jedna EP-ka. Tym razem jest to szesnaście utworów, w całości wyprodukowanych przez Łodzianina (ostatni raz było tak na wydanej w 2011 r. Jazz, dwa trzy). I to słychać – kunsztownie dobrane bity, stylistyczna spójność kawałków, dobrze dobrani goście (Kali i Hades). Do tego ciekawa identyfikacja wizualna albumu. To produkcyjny majstersztyk, którego nie da się nie docenić. I do tego jeszcze ciekawy pomysł na promocję, bo obok premiery albumu dostajemy pierwszy rozdział filmu „Gniew” w reżyserii Błażeja Jankowiaka. Autorem koncepcji jest sam Ostry, a film ma opierać się na muzyce z nowego albumu. Widać więc, że płyta Gniew jest częścią (niestety, chyba nie najważniejszą) większego produktu, doskonale opakowanego pod względem marketingowym, ale z wartością artystyczną – przynajmniej muzycznie – jest już trochę gorzej.

I niestety właśnie na produkcji i marketingu, kończą mi się pochwały dla Ostrowskiego, bo sam album zupełnie nie porywa. Łatwo już na początku zauważyć, że O.S.T.R. nie oglądał się na panujące w hip-hopie mody i stworzył album, którego docelową grupą odbiorców na pewno nie jest gimbaza. By zrozumieć teksty i przekaz wielu kawałków na płycie, trzeba dostać od życia w dupę, trzeba swoje przeżyć, inaczej tematy, które Ostry porusza w Gniewie mogą jawić się jako marudzenie pana w średnim wieku, który zatruwa innych swoją spaczoną wizją świata. I nic w tym złego, ale Ostrowski wydaje ostatnio tak często, że nawet jego wiernych fanów może to już nie szarpać tak mocno, jak powinno.

Zaczyna się całkiem nieźle – otwierająca płytę Preambuła wprowadza w klimat Gniewu i płynnie przechodzi w Ł.U.F., który już nieco razi dużym nawarstwieniem słów. Pozytywnie wyróżniają się Lęk Wysokości, wyprodukowany trochę w starym stylu i Paranormalny, na którym gościnnie występuje Kali, które przełamują względną monotonię całego albumu. Słabiej jest z 01:58, który pomimo fajnego bitu, razi trochę przekombinowanym tekstem, ale złe wrażenie zaciera następny w kolejce storytellingowy Las Vegas, na którym słychać refleksy starego dobrego O.S.T.R.-a.

Gniew to prawie godzinny materiał, który nie grzeje, ani nie ziębi. Najkrócej można byłoby go skwitować wzruszeniem ramion, co byłoby chyba najgorszą możliwą recenzją i trochę jednak niesprawiedliwą. Ten album miał potencjał, te teksty mają w sobie siłę, a jednak trudno uciec od wrażenia, że wszystko to jest jakieś letnie, jakieś takie bez przekonania, choć dobrze wyprodukowane. Może to wina skupienia się Ostrego na kilku rzeczach jednocześnie, a mam tu na myśli zwłaszcza film, o którym wspomniałem wcześniej (płyta promuje film, czy film promuje płytę? Strategia marketingowa raczej wskazuje na pierwszą opcję). Sam artysta przyznawał, że 2019 rok był dla niego najbardziej pracowity i najlepszy pod każdym względem, a kolejny zapowiada się jeszcze mocniej. Pewnie dużo w tym racji, ale wydaje się, że gdzieś w tym wszystkim zacieraniu ulega muzyka O.S.T.R.-a, która robiła wrażenie niemalże na wszystkich, nie tylko na jego żelaznych fanach, słusznie sytuując go w czołówce polskich raperów. Sukces komercyjny, będący od wielu lat udziałem Adama Ostrowskiego zaczyna coraz bardziej rozjeżdżać się z sukcesem artystycznym, którego tak wiele było na początku jego kariery. Po Gniewie zostaje mi duży niedosyt.

Exit mobile version