Site icon All About Music

Nowy głos młodego pokolenia, czyli Yungblud w warszawskim Palladium. Relacja Izabeli Zadury

Piątego listopada w Warszawie pojawił się Yungblud – młody chłopak, którego z tłumu innych muzyków wyróżnia kilka cech: niespożyta, zaraźliwa wręcz energia, rozbrajająca szczerość i niezwykle entuzjastyczna grupa fanów. Chociaż „grupa” to może zbyt delikatne określenie.

W 2015 roku miałam przyjemność uczestniczyć w solowym koncercie Gerarda Way’a, lidera (niedawno reaktywowanego) My Chemical Romance, również w klubie Palladium. Chociaż od tamtego wydarzenia minęło już prawie 5 lat i byłam w tym czasie na niezliczonych koncertach, śmiało mogę powiedzieć, że dopiero energia na wyprzedanym koncercie Yungbluda dorównała tej z występu Gerarda. Skąd wzięło się to czyste szaleństwo na punkcie muzyki młodego Brytyjczyka?

Kiedy parę miesięcy temu opublikowany został mój artykuł zapowiadający warszawski koncert, pojawiło się pod nim kilka nieprzyjemnych komentarzy. Yungblud był w nich oskarżany m.in. o brak talentu i „wypłynięcie” wyłącznie dzięki związkowi z Halsey, który jakiś czas temu dobiegł zresztą końca. Mam nadzieję, że wtorkowy wieczór przekonał wszystkich, że Dominic Harrison to klasa sama w sobie i nowy idol rzeszy młodzieży czasami pejoratywnie określanej jako „alternatywki”.

Już podczas występu supportu, pop-rockowego zespołu Saint PHNX z Glasgow, wrzaski publiczności były momentami głośniejsze niż muzyka. Chociaż support ma zwykle za zadanie rozgrzanie publiki przed gwiazdą wieczoru, zgromadzony w Palladium tłum sprawiał wrażenie wystarczająco rozgrzanego wielogodzinnym czekaniem przez klubem, skacząc, klaszcząc i angażując się w zabawy organizowane przez muzyków. Na sali praktycznie nie było już miejsca. Zanim na scenę wszedł Yungblud, emocje sięgnęły zenitu.

Na setliście nie było słabych momentów. Ton nadało szybkie, agresywne 21st Century Liability, z którego Yungblud płynnie przeszedł do Parents, buntowniczego utworu o tym, że rodziców nie zawsze trzeba szanować. Nie zabrakło utworów nacechowanych politycznie (czytaj – kipiących złością): Anarchist czy zagranego na zakończenie Machine Gun (F**k the NRA). Yungblud zadbał o urozmaicenie koncertu: utwór Kill Somebody zaśpiewał stojąc w środku publiki, dorzucił do seta niewydaną jeszcze piosenkę Ice Cream Man, zapewnił też swoim fanom moment uspokojenia, grając dwie piosenki w wersji akustycznej. Były to Casual Sabotage oraz Waiting For The Weekend. Do pomocy w wykonaniu tej ostatniej Dominic zaprosił ojca braci z zespołu Saint PHNX. Był to zabawny, uroczy i rozgrzewający serce pomysł. Wokalnie artysta radził sobie całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak intensywnie się przez cały czas poruszał. Duża część z tych ruchów była wręcz nieprzyzwoita, wywołując tym większy szał publiczności.

Skoro już o publiczności mowa, szalona energia objęła całą salę, łącznie z balkonem. Wśród widowni spontanicznie pojawiały się różnej wielkości mosh pity (używam tego słowa dość swobodnie, ponieważ na tym koncercie moshe były wyjątkowo mało agresywne). Podczas utworu Hope For The Underrated Youth fani zrealizowali akcję z wymachiwaniem bandankami. Aplauz po każdym utworze, a nawet po każdym wypowiedzianym przez Dominica słowie, był wręcz ogłuszający.

Jeśli przyjmiemy założenie, że punk oznacza podążanie pod prąd, Yungblud jest stuprocentowym punkowcem. Muzyk ma w głębokim poważaniu wszelkiego rodzaju normy społeczne czy genderowe – połowę koncertu wykonał w spodniach, aby następnie przebrać się w spódniczkę. Dominic duży nacisk kładzie również na szerzenie tolerancji i wzajemnego szacunku. Jak mówił sam artysta, jego koncerty to miejsca, gdzie każdy może być tym, kim chce, wyglądać tak jak chce i kochać, kogo chce. W dużym skrócie, jeśli komuś ciężko wpasować się w szeroko pojęte społeczeństwo, na pewno znajdzie swoje miejsce w rodzinie fanów Yungbluda. Nie trudno zrozumieć, dlaczego młodzi ludzie pałają do muzyka aż tak intensywną miłością. Jest to miłość odwzajemniona – Dominic nie raz skierował do publiczności słowa typu „I love each and every one of you. You saved my fucking life.” Artysta momentami zdawał się być wręcz przytłoczony odzewem, który wywoływał w tłumie zgromadzonym w Palladium. Pomogło mu to jednak w chwilach, kiedy nie miał już siły śpiewać – fani robili to za niego.

Moim ulubionym momentem wieczoru była zdecydowanie chwila, kiedy to Yungblud złapał rzucone mu przez publiczność na scenę flagi Polski oraz tęczową i zatknął je obie za pas swojej spódnicy. Niejedną osobę o konserwatywnych poglądach mogłoby to zdenerwować, ale właśnie takim artystą jest Yungblud: nieszablonowym, odważnym, przekraczającym granice zarówno w muzyce, jak i swoim zachowaniu. Nie zdziwię się, jeśli kolejną salą koncertową, którą uda mu się wyprzedać, będzie warszawski Torwar. Zapamiętajcie moje słowa.

Exit mobile version