W dniu dzisiejszym nastąpił ważny moment dla fanów Sarsy i jej twórczości. Po dwóch latach przerwy artystka powraca z nowym krążkiem Runostany. Z pewnością utwory na nim się znajdujące będą dla wielu zaskoczeniem. Sarsa prezentuje muzykę kompletnie inną niż ta, z którą utożsamialiśmy ją dotychczas.
Nowa płyta, to nowe oblicze wokalistki. Oblicze bardziej mroczne, niepokojące, muzycznie zaś oscylujące w klimatach alternatywnych, elektronicznych, ale też i momentami psychodelicznych. Poprzez ten album Sarsa w końcu wyraża siebie, to co naprawdę gra jej w duszy. Dotarła do momentu, w którym sama bardzo dobrze i świadomie wie, że wcale nie trzeba tworzyć muzyki takiej, by dopasować się do panujących trendów. Moim skromnym zdaniem ugruntowała sobie na rynku muzycznym taką pozycję, która pozwala jej realizować swoje marzenia muzyczne. Takie właśnie są utwory na Runostanach, a dokładniej 11 kompozycji.
Niewielu wie, że Sarsa ma rockową duszę, którą teraz nam pokazuje. Już w swoich social mediach dawała nam zalążek tego, jakie klimaty muzyczne lubi, prezentując rockowe covery i medleye swoich utworów z innymi. Płytę otwiera utwór o tajemniczym tytule Runo, który jest jakby intrem do całości. Również tytuł jest nieprzypadkowy, bo album zamykają Stany (outro). Mamy więc tutaj po pierwsze grę słów z której połączenia wychodzi nam tytuł, z drugiej zaś 2 rozdzielne kompozycje, które tworzą klamrę. Po nim, genialny Tramwaj nr 9. Jego przekaz jest bardzo mocny i mógłby w zasadzie zobrazować słuchaczowi cały koncept płyty, który odnosi się do otaczającej nas rzeczywistości. Jest ona przepełniona wrogością, natłokiem agresywnych informacji, pandemicznym życiem. Muzycznie wyraźnie słychać tu rockowe klimaty, rockowe riffy, przeplatają się z pianinem i dęciakami, czyli stylistyczna mieszanka. Ze mną tańcz to jeden z singli promujących album. Na pozór wydaje się, że utwory w podobnym klimacie już u Sarsy słyszeliśmy. W tym wypadku mamy do czynienia z bardzo dojrzałą i zawiłą kompozycją, w której zmieniają się klimaty. Zaczyna się od lekkiej gitary z elektronicznym brzmieniem, by w drugiej zwrotce przejść do świetnego alternatywnego brzmienia. Coś co zapadło mi w pamięć to genialne przejście i gitarowe mini solo między 1 a 2 zwrotką. Jak dla mnie, jest to świetna kompozycja, na pewno wpada w ucho.
Wstępem, a w zasadzie jak sama artystka to określa „pierwszym rozdziałem” w nowej opowieści, jaką jest nowy kierunek w jej twórczości był wydany po 2 latach przerwy singiel Przyspieszam. Od pierwszych dźwięków na słuchawkach poczułem jego mroczny klimat. Super brzmienie gitary, hipnotyzująca melodia pianina, przechodzące w psychodeliczne klimaty dzięki instrumentom smyczkowym. Nie mogę nie wspomnieć o zabawie tekstem i głosem, jaki zaprezentowała tu Sarsa, cudo! Żeby w całości poczuć i oddać klimat utworu, polecam stworzony do niego teledysk, który zamieszczam poniżej.
Trzecim singlem jest La La Las. Oddaje on przekaz zawarty w utworze, artystka wykrzykuje w nim swój manifest w obronie wycinanych lasów. Zresztą trzeba też spojrzeć na to z innej strony, motywem przewodnim, który znalazł się na okładce jest szyszka. Symbolizuje w kulturze życie, płodność, nieśmiertelność, to także oznacza naczynie dusz. Wracając do samej kompozycji jest to totalny odjazd. Określiłbym go mianem rakieta, choć używając muzycznego slangu pasowałoby tu banger, ale taki z rockowym pazurem. Bez bicia przyznam, że nigdy nie podejrzewałbym Sarsy o wydanie takiego utworu, myślę, że nie tylko ja. Z początku niepozorny, trochę taki dziki, dźwięki przywołują mi na myśl skojarzenie z jakimś pogańskim obrządkiem. Natomiast to co dzieje się później, to jest totalna jazda bez trzymanki. Dawno nie słyszałem na naszym rynku muzycznym takiego mocnego, rockowego i dynamicznego utworu od wokalistki. Duże ukłony za tę muzyczna ucztę dla artystki i genialnego bandu. Jak dla mnie jest to najlepsze co słyszałem na tym krążku, a poziom jest bardzo wysoki! Zastanawiam się, czy nie jest to również najlepszy singiel w jej muzycznym dorobku..
W zupełnie innym tempie i przede wszystkim stylu, stworzone zostało Mówiła Niszcz. W tym wypadku z kolei znów jest zwrot do nieco psychodelicznych brzmień. Słyszymy również trochę „starej”, melancholijnej, romantycznej i uwodzącej swoim wyjątkowym głosem Sarsy. Podoba mi się to, jak operuje głosem w refrenach, urywane końcówki fraz, drobne wokalizy. Po raz kolejny od strony muzycznej kosmos. W tym miejscu, warto wspomnieć, że za stronę muzyczną oraz produkcję odpowiadają panowie Paweł Smakulski oraz Marcin Borys, przy tekstach pomagał zaś Jacek „Budyń” Szymkiewicz.
Runostany są dla mnie totalnym szokiem i zaskoczeniem. Tak naprawdę podchodząc do tej płyty miałem w głowie jej obraz, który wytworzył mi się w głowie na bazie dotychczasowej twórczości Sarsy. Oczywiście wychodzące co jakiś czas single dawały pewne znaki, jednak nikt by nie przypuszczał, że to będzie taka petarda. Używam słowa petarda w odniesieniu do materiału z albumu nie bez kozery. Jest to świetna, a przede wszystkim świadomie i dojrzale stworzona płyta. Jak już wcześniej wspominałem, można powiedzieć, że Sarsa wzięła przykład z innych artystów/artystek, którzy wybili się na tym, co popularne i mówiąc kolokwialnie „się sprzedaje”, by potem móc wydawać muzykę taką, jaka gra w ich duszy. Muzykę o której marzyli. Tak jest w tym przypadku, lecz oczywiście nie należy tego odbierać w kontekście prztyczku w kierunku artystki, jakby była to celowa zagrywka. Nie, nie. Mimo, że wygląda to jak wygląda, to w tej sytuacji, jest to myślę wszystko na bazie naturalnego biegu wydarzeń, które wpływają na świadomość artysty, jego własne przemyślenia, próba uzewnętrznienia i podzielenia się tymi przemyśleniami w formie muzyki i słów. Takie właśnie są Runostany – bardzo osobiste, zaskakujące, przebojowe i chwytliwe. Oczywiście miód na moje uszy, to te mocniejsze utwory z rockowym pazurem, do którego mam ogromny sentyment, dlatego nie ukrywam, że cieszę się z muzycznego kierunku, którym podążyła Sarsa. Mam nadzieję, że będzie wydawać jeszcze więcej tak genialnych kompozycji jak La La Las, czy Tramwaj nr 9. Zachęcam do posłuchania albumu, bo gwarantuję Wam, że się nie zawiedziecie. To jest materiał, który po prostu trzeba usłyszeć na własne uszy i móc się nim delektować.

