Site icon All About Music

Nina Nesbitt – Peroxide (2014), recenzja Łukasza Jankowskiego

Ninę Nesbitt po raz pierwszy ujrzałem w wideoklipie Eda Sheerana to utworu Drunk. Przykuła ona moją uwagę za sprawą pięknych brązowych oczu i charakterystycznej fryzury. Kilka kliknięć i dowiedziałem się, że tak jak jej rudowłosy kolega, również zajmuje się muzyką. Nina w swoich utworach bardzo często sięga po gitarę i sama pisze do nich teksty. Na swoim muzycznym koncie ma już kilka mini-albumów (przed długogrającym krążkiem wydała ich aż pięć). W lutym tego roku na sklepowe półki trafił jej debiutancki album, warto się z nim zapoznać? Zobaczmy.

Na płycie odnajdziemy trzynaście kompozycji, do których Nina samodzielnie lub z pomocą innych artystów napisała teksty. Chwała jej za to, uwielbiam gdy artysta wie o czym śpiewa. W muzycznym biznesie niestety taka sytuacja to teraz rzadkość, wynajęcie dobrego tekściarza jest po prostu mniej pracochłonne i prostsze. Dobrze, że szkocka wokalistka nie poszła na łatwiznę.

Krążek otwiera tytułowy numer – Peroxide. Jest to gitarowy, bardzo żywiołowy kawałek opowiadający standardowo o miłości. Poważnie? Nie ma na świecie innych tematów, o których można opowiedzieć? Nie zmienia to faktu, że kompozycja szybko wpada w ucho i może się podobać. Następnie usłyszymy optymistycznie Stay Out oraz Selfies. Kompozycja, która według mnie wybija się najbardziej ze wszystkich piosenek, które znalazły się na Peroxide. Niech nie zniechęca was tytuł, na całe szczęście kawałek nie stara się nam przekazać informacji jak poprawnie robić zdjęcia z rąsi z charakterystycznym dzióbkiem. Produkcja jest bardzo przyjazna dla radiowego środowiska, z pewnością na tym polu może dużo zdziałać.

Wstęp tego wydawnictwa wprowadził mnie w bardzo miły nastrój i dał nadzieję, że reszta albumu będzie tak samo dobra. Niestety tak się nie stało. Środek Peroxide jest po prostu nudny i przewidywalny. Nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu miałem problem, aby określić kiedy jeden utwór się zaczyna a kiedy kończy. Wszystko zlewa się w jedną całość, która niczym nie zachwyca. Jedynym wyróżniającym się elementem jest Mr. C. Przy napisaniu tego numeru jasnowłosej wokalistce pomagała Lily Allen i to widać – tekst jest odważniejszy od pozostałych. Najlepiej o tym świadczy ten fragment:

Oh you and all your people
I’ve come to conclusion you’re quite fit
But I’m under no illusion you’re a dick

Niestety przyjemną całość psuje okropny refren, którego nie da się słuchać i sprawia, że uszy nawet najtwardszego człowieka na ziemi zaczną krwawić.

Na całe szczęście kompozycje zamykające album są lepsze od tych, które je poprzedzają. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj znakomita ballada Hold You. Nina w tym numerze czaruje swoim głosem, który tutaj brzmi po prostu cudownie. Solowa wersja byłaby dla mnie po prostu doskonała, ale gdy pojawia się irlandzki zespół Kodaline to można po prostu odpłynąć. Wszystko tworzy idealną i spójną całość. Chciałbym usłyszeć więcej kompozycji duetu, w którego skład wchodziliby Nina Nesbitt oraz Steve Garrigan. Warto wspomnieć tutaj również o kompozycji zamykającej płytę – The Hardest Part, w której piosenkarka potrafi zachwycić wyczuwalną delikatnością i subtelnością w jej głosie.

Bardzo ciężko jest podsumować mi tę recenzję. Mimo całej sympatii do tej artystki, nie mogę stwierdzić, że jej pierwsze długogrające wydawnictwo jest dziełem kompletnym i doskonałym. Jest po prostu przeciętne. Kilka piosnek przypadło mi do gustu, ale nic ponadto. Czekam na kolejny krążek Niny, może będzie lepszy i odda w pełni jej muzyczną naturę, która gdzieś na jej debiucie po prostu się ulotniła i nie jest nawet odrobinę wyczuwalna.

Exit mobile version