Artystka ta jest w naszym kraju dość znana, a w zasadzie była, gdy tryumfy na listach przebojów świecił jej pierwszy hit No Roots, a następnie kolejna perełka, czyli Lash Out. Od tamtej pory słuch o tej niemieckiej wokalistce nieco zaginął. 17 czerwca premierę miał najnowszy album Alice Merton zatytułowany S.I.D.E.S. Znalazł się na nim 15 nowych, zróżnicowanych stylistycznie kompozycji.
Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy przy podejściu do tego krążka była właśnie liczba utworów. Muszę przyznać, że jak dla mnie jest ona nieco za duża. Alice nie jest też artystką z na tyle ugruntowaną pozycją na rynku, że kupimy jej płytę z nieważne jaką ilością utworów. 15 kawałków to zdecydowanie za dużo, co zresztą dało się odczuć podczas słuchania albumu. Sporo kompozycji jest nijakich, na jedno kopyto i bez polotu. Optymalną liczbą dla mnie jest od 9 do 11 piosenek. Idąc dalej, S.I.D.E.S. możemy podzielić na dwie części. Jego pierwsza jest zdecydowanie mniej atrakcyjna, co nie znaczy, że nie w niej fajnych, wpadających w ucho utworów. Jednym z takich jest otwierające płytę Loveback, które jednocześnie jest singlem promującym. Dobra kompozycja, ze zbalansowanym tempem oraz zmianami stylu w trakcie. Jest to granie typowe dla brytyjskich zespołów alternatywnych i nazwijmy to lekko gitarowych. Chwytliwa melodia, prosty do zapamiętania refren. Sporo zabawy dźwiękiem, pojawiają się tłuste dźwięki syntezatorów. Szczególnie w drugiej części utworu głos Alice bardzo przypomina mi barwę o dziwo Taylor Swift. Jest na pewno coś, co łączy oba te głosy. Zresztą inspiracje twórczością Taylor wyczuwam również w dalszej części krążka. Równie dobre i utrzymane w podobnej stylistyce, lecz bardziej w stronę pop-rocka jest Island.
Mania to kolejny przykład na to, że Merton ma potencjał na ciekawie i oryginalnie brzmiące utwory. Zdecydowanie zarówno jej wokal jak i ona sama muzycznie pasuje mi w takiej alternatywnie brzmiące muzyce. Podoba mi się otwarty głos wokalistki w refrenach, słychać, że jego głębia jest dość spora. W tym przypadku klimaty w stylu Imagine Dragons, bardzo na plus. Jeden z moich faworytów. Moim ulubionym i obiektywnie patrząc najlepszym utworem na krążku, jest pierwsza z zapowiedzi albumu, a więc Vertigo. Co ciekawe, utwór ten znalazł się w soundtracku do gry NHL 22. Genialna kompozycja pod względem muzycznym, świetne melodie, przejścia, przeplatanie się partii instrumentów. Mocne przed refreny, nie wspominając o wpadającym w ucho samym refrenie. Dużo soczystych dźwięków gitary, ożywiona perkusja. Utwór ten pokazuje wszystkie walory Merton, a także to, czego spodziewałem się po tym albumie. Aż szkoda, że pozostałe kompozycje nie są na tym poziomie. Dla mnie petarda!

