Site icon All About Music

Niespełnione oczekiwania, czyli 40-latek w Teatrze Rampa

Są takie recenzje, które piszą się same. Po wyjściu z teatru słowa cisną się na usta, a potem migiem spływają na klawiaturę. Są takie spektakle, na które chce się wracać i zaciągać ze sobą wszystkich po kolei, również nieznanych internautów. Uwielbiam to uczucie, bo napędza mnie ono do pracy i daje wytrwałość przy… mniej udanych realizacjach. Jeżeli przez dwa tygodnie po obejrzeniu musicalu dalej nie mogę się zebrać do opisania go na stronie, to oznacza, że coś poszło nie tak. Tak niestety było przy tytule 40-latek w warszawskim Teatrze Rampa.

Dla starszego pokolenia serial „Czterdziestolatek” to dobro narodowe, dziedzictwo, które należy za wszelką cenę chronić i otaczać niemal mistyczną aurą. Inżynier Karwowski ma zawsze twarz Andrzeja Kopiczyńskiego, a pojawienie się „Kobiety Pracującej” zawsze zwiastuje zakończenie odcinka. Każdy, kto porywa się na tę świętość, musi się liczyć z wysokimi oczekiwaniami widzów, podbitymi sentymentalną nutą.

Musical 40-latek w Teatrze Rampa broni się wszystkim tym, co wymyślił Jerzy Gruza: zabawną postacią Kobiety Pracującej, drobnymi konfliktami rodzinnymi, niewinnymi romansami, wygłupami Mareczka i przywarami głównego bohatera. Scenografia, w skład której wchodzi maluch, balkony bloków z PRL-u, stare meble i dekoracje, podbijają nastrój tamtych lat i tęsknotę za tym, jak to kiedyś było. Z kolei kostiumy i makijaż sprawiają, że widzimy przed sobą na scenie postaci wyglądające niemal identycznie jak te znane z dawnych programów w telewizji. Niestety wszystko to, co odróżnia spektakl od serialu, zadziałało na jego niekorzyść.

Opis musicalu na stronie teatru obiecywał zabrać nas do dawnych czasów za pomocą muzyki, która przywoła wspomnienia z minionych lat. Ta muzyka faktycznie się pojawiła…. w jednej scenie. Zupełnie nie rozumiem tej decyzji reżyserki, żeby element, który najbardziej cieszy i angażuje widownię, skrócić do pojedynczego kolażu kilku wersów różnych szlagierów. Przez taki zabieg spektakl utracił swoją dynamikę, zamiast kultowych piosenek serwując nam żartobliwe przyśpiewki o… sikaniu w lesie. Właściwie cała pierwsza część opierała się na czekaniu, co się wydarzy w drugiej, jak zostanie poprowadzona fabuła. Z kolei cała druga część polegała na zastanawianiu się, kiedy wreszcie ten wielki finał. Finał faktycznie nadszedł, jednak czy był warty 2,5 godziny czekania…?

Pod kątem aktorskim najbardziej przekonała mnie „Kobieta Pracująca” (w tej roli Joanna Drozda, reżyserka spektaklu), która nie tylko miała najśmielsze sceny, ale również wypowiadała najciekawsze kwestie. Zdecydowanie była to najbardziej bawna i charyzmatyczna postać w tym spektaklu. Największe oklaski natomiast zebrał Maliniak po monologu wyjętym z wypowiedzi Andrzeja Dudy. Tego typu sprawdzone zabiegi (podobnie jak użycie przekleństw) zawsze rozbawią część publiczności, ale moim zdaniem ambitni twórcy nie powinni ich stosować jako wypełniacza, żeby utrzymać uwagę odbiorców. Nie mam nic przeciwko mieszaniu polityki i teatru – wręcz przeciwnie, uważam, że sztuka powinna zabierać głos w ważnych dla społeczeństwa sprawach. Jednak w tym konkrentym przypadku był to element czysto humorystyczny, nie wpisujący się nawet szczególnie w fabułę.

Teatr Rampa już nie raz bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Przede wszystkim aktorzy mają imponujące umiejętności wokalne, co zaprezentowali również w 40-latku. Układy choreograficzne są zazwyczaj proste, ale dynamiczne i odpowiednio dobrane do sceny. Solistom świetnie wychodzi również wcielanie się w znane, charyzmatyczne postaci, a zespołom wierne odgrywanie ich repertuaru. Dowodem na to są takie tytuły jak Jeździec Burzy, Rapsodia z Demonem czy ostatnio bardzo interaktywni Depesze. Dlaczego w takim razie 40-latek mnie nie porwał? Wydaje mi się, że największą rolę odegrała tu wolna, mało bystra i niezbyt wciągająca fabuła. Gdyby ostatnią muzyczną scenę rozwinąć na całą drugą część spektaklu bądź wręcz intelignentnie wpleść znane i lubiane piosenki we wszystkie przygody rodziny Karwowski, widzowie mogliby się naprawdę wczuć w klimat lat siedemdziesiątych i bawić razem z aktorami, jak to jest przy Depeszach. Jak widzieliśmy po sukcesie musicalu Mamma Mia i wielu innych, taki pomysł na show nie ma prawa się nie sprawdzić. Niektórzy mogliby mu wtedy zarzucić sztampowość, ale moim zdaniem lepiej spędzić doskonały wieczór w znanym formacie niż zagryzać zęby z żenady, oglądając coś nowego – w tym wypadku aktorów przebranych za liści, śpiewających koślawe teksty o papierzakach.

40-latek jest zabawny, miły dla oka i nostalgiczny, ale po teatrze z taką renomą spodziewałabym się czegoś więcej. Mam nadzieję, że przy następnym tytule wróci poziom, który pamiętam z poprzednich realizacji.

Exit mobile version