Muzycznym światem w ubiegłym roku zatrzęsła niepokorna Miley Cyrus. Z albumu Bangerz pochodził przecież jeden z największych hitów 2013 roku, a i kontrowersyjne występy zaczynającej karierę w produkcjach Disneya gwiazdki nie uszły uwadze międzynarodowej opinii. Z wizerunkiem grzecznego nastolatka zerwać chce również Nick Jonas, członek wywołującego palpitację serca u nastolatek zespołu Jonas Brothers. I chociaż grupa osiągnęła wielki komercyjny sukces, to bracia postanowili zakończyć działalność i skupić się na solowych projektach. W latach świetności pierwsze skrzypce grał tam średni z braci Joe, więc Nick pozostawał nieco w cieniu. Teraz jednak ma się to zmienić za sprawą samozwańczego krążka, który z pewnością pozwoli muzykowi stanąć w pełnym świetle jupiterów.
Aż chciało by się powiedzieć: oto debiutant wydaje jedną z lepszych popowych płyt w 2014 roku. I choć do drugiej części tego stwierdzenia nie można się doczepić, tak do jego początku już tak. Muzyk bowiem ma na koncie już dwa samodzielne wydawnictwa. Eponimiczny krążek sprzed 9(!) lat oraz nagrany wspólnie z założonym przez siebie zespołem the Administration Who I Am z 2010 roku. Płyta osiągnęła jak na możliwości wizerunkowe Nicka całkiem dobre wyniki: znalazła się na podium najważniejszego sprzedażowego zestawienia w Ameryce i pokryła się złotem w Meksyku. Swoją drogą, ten scenariusz chyba się nam nie znudzi: modny boysband szybko zdobywa szczyt kariery, po czym równie szybko się rozpada na skutek konfliktów lub po prostu typowego wypalenia. Jego członkowie zaczynają podążać solowymi ścieżkami, najczęściej diametralnie zmieniając wizerunek i zaskakując dotychczasowych fanów. Kiedyś tak zaczynał Justin Timberlake, teraz Island Records w ten sposób chce wypromować Nicka. Tylko czy dwudziestodwuletni artysta zdobędzie taki sukces jak autor Mirrors?
Już od pierwszych dźwięków singlowego Chains śmiało powiedzieć można, że Jonas ma nam do zaoferowania zupełnie odmienny materiał niż jego poprzednie dokonania. Przyjemny falset wokalisty doskonale wpasowuje się w rhythm’n’bluesowy beat Jasona Evigana i skutecznie zachęca do dalszego odsłuchu albumu. Kolejny numer zatytułowany Jealous ma spory mainstreamowy potencjał – po części przekonać się o tym mogliśmy po sensacyjnym debiucie piosenki w TOP10 Billboardu. Najwyraźniej wytwórnia Jonasa zauważyła zainteresowanie Jealous, ponieważ powstały już dwie równie ciepło przyjęte jego nowe wersje. Jedna nagrana z gospelowym chórem oraz druga z młodziutką Tinashe. Ta świetna upbeatowa produkcja, jednak w naszym kraju, jak na razie nie funkcjonuje, choć po cichu liczę, że nasze rodzime radia odkryją przebojowość tracku. Kolejna popowa propozycja to Wilderness z wyraźnie zaznaczonym tętnem perkusji; Take Over, w którym refren przywołuje nam na myśl klasyki z pogranicza muzyki country oraz I Want You, który z kolei jest najbardziej zbliżony do rockowych (?), gitarowych brzmień Jonas Brothers.
Powyższe popowe numery są na naprawdę wysokim poziomie w obrębie swojego gatunki, chociaż to nie one stanowią najmocniejszą stronę albumu. Nick Jonas eksploruje również świat EDM, w którym nigdy wcześniej nie mogliśmy go usłyszeć. Jego romans z muzyką elektroniczną słychać głównie w trzech propozycjach: Teacher, Warning oraz Numb. Pierwszy z nich garściami czerpie z funkowych rytmów i porywających wibracji z lat 80. wypełniających słuchacza i sprawiających, że nikt nie będzie w stanie usiedzieć spokojnie w czasie tych retro-syntezatorów. Wartym uwagi jest również Numb, gdzie udziela się aspirująca do miana nowej amerykańskiej raperki Angel Haze. Perfekcyjnie łączy on hip hopowy flow z R&B poprzedniej dekady, choć i tak każdy usłyszy tu sample z … Dark Horse.
Ostatnim stylistycznym blokiem, który wydzieliłem słuchając materiał to muzyka soulowa. Tak, Nick nie daje za wygraną i próbuje podjąć też nieco spokojniejsze kawałki. Mamy zatem pościelówkę zatytułowaną Push z odważnym tekstem; nieco mocniejszą balladę Nothing Would Be Better oraz Avalanche zaśpiewane w duecie z zaprzyjaźnioną Demi Lovato, również byłą gwiazdą stajni Disneya. Pomimo talentu obu artystów utwór wypada naprawdę kiczowato wśród innych, zwłaszcza za sprawą jakże innowacyjnej (o zgrozo) tytułowej metafory (We’ll crash down like an avalanche). W tym momencie jednocześnie nie sposób wspomnieć o warunkach wokalnych głównego bohatera. O ile w początkowych numerach Nick skrzętnie ukrywał swoje wady równie umiejętnie dostosowując aranże do swoich możliwości, to już w wolniejszych rytmach słychać małe niedociągnięcia.
Na albumie nazwanym swoim imieniem i nazwiskiem Nick Jonas bardzo klarownie ujawnia swoje inspiracje. Słyszymy tu dźwięki charakterystyczne dla Justina Timberlake’a, Roberta Thicke, Prince’a, Franka Sinatry, ba! Nawet Katy Perry. W warstwie tekstowej nie ma już śladu po noszonym z pietyzmem przez muzyka pierścionku czystości. Sam przecież powiedział przed ukazaniem się materiału: chce, aby ludzie uprawiali seks do mojej muzyki. I mimo ostrych tematów krążek ten pozostaje nadal jednym z bardziej zachowawczych, bezpiecznych w ostatnim wydawniczym okresie. 22-latek odrobił pracę domową i sprawdził szczyty list przebojów mieszając na albumie różne wpływy. Dla kogoś, kto nie oczekiwał niczego specjalnego po tym albumie, może być to faktycznie niemałym, bardzo miłym zaskoczeniem.
