Pięciu chłopaków z Dublina w pokoju pełnym syntezatorów. Czy stadiony nie zabrały im pazura?
Na wstępie ostrzegam, że jestem do bólu stronniczy. Fontaines D.C. uwielbiam od czasu Dogrel i śledziłem ich poczynania przed tym, zanim stali się supergwiazdami i zaczęli grać na wielkich scenach. Pamiętam czasy, gdy pięciu przyjaciół, których połączyła szkoła muzyczna w Dublinie i wspólna pasja do poezji, zanim jeszcze wydali pierwszy singiel, własnoręcznie wydawało i rozprowadzało małe tomiki wierszy. Tytuł debiutu, Dogrel, nawiązuje przecież do „doggerel”, czyli prostego, surowego wiersza z pubu i tak właśnie brzmiała ta płyta: jak poezja, która nie wstydzi się pubowego brudu. Dlatego do każdej ich nowości podchodzę z wielką sympatią, ale i z rosnącymi oczekiwaniami.
Dwa lata temu pisałem o Romance, że to naturalna ewolucja, a nie gwałtowna rewolucja. Dopamine Chamber, piąty album Irlandczyków i drugi nagrany z Jamesem Fordem, idzie tą samą drogą, tylko znacznie dalej w głąb elektroniki. Jest ciemniejszy, wolniejszy i bardziej syntezatorowy. Krytyka na świecie przyjmuje go życzliwie, a Metacritic podaje w momencie premiery 84 punkty na 100, choć nie brakuje też głosów mieszanych.
Zespół i jego rozwój
Grian Chatten, Carlos O’Connell, Conor Curley, Conor Deegan III i Tom Coll brzmią tutaj jak zespół, który wie, czego chce, i potrafi to zagrać. Rozwój muzyczny słychać w wyważonych kompozycjach, w gęstym, ale czytelnym brzmieniu oraz w produkcji i miksie, które są dopracowane do ostatniego dźwięku. Płyta jest brzmieniowo spójna i słucha się jej jak jednej opowieści. Pod względem rzemiosła Dopamine Chamber nie ma się czego wstydzić. Gorzej z duszą, ale o tym za chwilę.
O czym to jest
Chatten pisze tym razem mniej o dublińskich ulicach, a więcej o tym, co się dzieje między ludźmi, gdy zabraknie czułości. W Mimesis narrator przejechał szmat drogi, żeby stanąć po stronie kogoś, kto jest odcięty od świata. Obojętność tej osoby go nie odstrasza. W tle widać świat, w którym wszyscy są przygaszeni i biegną w kołowrotku. Happy for You zaczyna się od kwiatów, a kończy porysowanym autem i skradzionymi perłami, więc zapewnienie, że narrator tylko cieszy się cudzym szczęściem, smakuje wyjątkowo gorzko.
Tongue to portret kobiety, która słowem potrafi rozebrać cudze życie. Narrator widzi, że jej szczęście się kruszy, i pyta, czy wolno mu to powiedzieć na głos, skoro nikt go nie słucha. Where Is Gone? to dla mnie piękny utwór. Chatten i Rosalía śpiewają go na zmianę, jak rozmowę o związku, który został już tylko we wspomnieniach. Na koniec zostaje pytanie, gdzie to wszystko zniknęło, i podejrzenie, że to kolejny spektakl, który rani i przy okazji sprawia, że czujemy się żywi. Całość jest delikatna i nieoczekiwanie miękka. Japan to filmowa miniatura o kobiecie, która utrzymuje partnera, i o związku opartym na wyrachowaniu. Chatten patrzy na to z dystansem, ale bez cynizmu.
Karuzela przy słuchaniu
Z samą płytą mam zresztą karuzelę. Od premiery nie schodzi z głośników, a mój nastrój skacze od zachwytu po zwykłe „meh”. Dziś najchętniej wracam do Mimesis, Tongue, Happy for You, Where Is Gone? i Japan, ale za kilka dni lista faworytów może wyglądać zupełnie inaczej. Album, który tak zmienia się przy kolejnych przesłuchaniach, na pewno nie jest jednorazowy.
Czego mi zabrakło
Po pierwsze, brakuje mi prawdziwego bangera. Przy Romance mieliśmy dynamiczny „Starburster” czy „Here’s the Thing”. Tu takiego numeru nie ma, podobnie jak „Jackie Down the Line” czy potężnie klimatyczny „Bloomsday” ze Skinty Fia. To także płyta wyraźnie mniej koncertowa: jest ogromna w brzmieniu, ale mało w niej utworów, które proszą się o scenę i zaczynają się dziać od pierwszych dźwięków.
Po drugie, po kilku przesłuchaniach płyta wydaje mi się zbyt słodka. Teksty są raczej gorzkie, ale brzmienie jest tak wygładzone, że mam wrażenie, iż więcej tu biznesu pod masową publiczność, a mniej samego Fontaines D.C. Widać to także po liczbie osób zaangażowanych w produkcję: przy „Happy for You” i kilku innych numerach pracowało ich od kilku do kilkudziesięciu. Cenię w zespołach spójność, zwłaszcza osobową, bo to ona tworzy całość. Wystarczy, że jedna osoba nie poczuje klimatu, i nawet drobny element potrafi ją rozmyć. Tu nic nie zgrzyta, ale coś się rozwadnia. Kiedyś pięciu ziomków, którzy zaczynali od własnoręcznie wydawanych tomików wierszy, grało bardziej od serca i bez przesadyzmu. Dziś brzmią jak dobrze prosperująca firma. Brakuje mi dawnej zadziorności i wychodzenia poza schemat. Wiem, że trudno powtórzyć tak emocjonalne utwory jak „I Love You”, ale skoro zespół sam podniósł poprzeczkę, słuchacz chce więcej i więcej.
Werdykt
Romance nadal cenię, ale dla mnie najlepszą płytą Fontaines D.C. pozostaje Skinty Fia. Mocne 7,5/10 dla Dopamine Chamber to jednak ocena zasłużona i myślę, że każdy fan dobrej muzyki powinien ją przesłuchać. Zespół wciąż szuka nowych dróg i nie spoczywa na laurach, tyle że po drodze gubi trochę tej surowości i wewnętrznej prawdy z pazurami, za które pokochałem Fontaines D.C.
