Brytyjskie brzmienie w polskim wydaniu wydaje się bardzo ciekawą propozycją. Co prawda teksty polskie, styl od czasu do czasu też bliższy wschodu, jednak momentami Neony potrafią przenieść słuchacza na wyspy. Pytanie brzmi (idąc za klasykiem): czy to plus, czy to minus?
Odpowiedzi postaram się udzielić pod koniec tekstu, jednak zacznijmy tradycyjnie od podstawowych faktów. Płyta Uniform mieści w sobie 10 kompozycji, które utrzymane są w klimacie rocka podchodzącego pod alternatywę. Nieprzypadkowo we wstępie pojawiła się wzmianka o Wielkiej Brytanii, bowiem czuć ewidentnie inspirację tamtym stylem, a konkretnie tzw. drugą falą. Momentami ma się wrażenie, że gdyby nie wokal, to wypisz wymaluj wyspiarskie granie.
Ja natomiast zauważyłem coś jeszcze. Poza stricte obcym brzmieniem wyczułem inspirację paroma polskimi kapelami. Być może to czysty przypadek, jednak niektóre partie muzyczne bardzo przypominają mi styl takich zespołów jak happysad, Muchy, Uniqplan czy Cuba de Zoo. Nie wnikając zbytnio kto kim się inspirował, warto zaznaczyć, że takie skojarzenie nasunęło mi się na myśl, bowiem w pewnych momentach na tej płycie miałem wrażenie, że gdzieś to już słyszałem, a czasami nawet sprawdziłem dwa razy odtwarzacz, czy aby na pewno to cały czas Neony.
Tak było chociażby w przypadku utworu Mydlane Bańki, który od razu zajechał mi ostatnim z wyżej wymienionych. Nie mówię, że to źle, jednak przy okazji tej piosenki po raz pierwszy naszła mnie myśl, że nie jest to obce mi brzmienie. Człowiek jest istotą, która łatwo się przywiązuje, dlatego też najbardziej lubi to, co znane. Nie wybrzydzając więc dłużej stwierdziłem, że liczy się dobre brzmienie, a tego w tym utworze jest pod dostatkiem, dlatego z niecierpliwością czekałem na dalszy ciąg płyty.
I się nie zawiodłem. Następnym utworem na krążku jest bowiem Plac Zabaw, który w moim odczuciu jest najlepszą piosenką na płycie. Wiadomi: swoje inspiracje tam dostrzegłem, jednak liczy się to, że uznałem go za bardzo charakterystyczną kompozycję, dlatego też wpadł mi mocno w ucho. To m. in. dzięki agresywnemu riffowi występującemu między zwrotką a refrenem, który nadaje kawałkowi nieco do żywiołowości oraz do całokształtu odbioru. Sumując to z przyjemnie szybkim tempem, które jest nieodłącznym kompanem całego krążka, otrzymujemy genialnie brzmiącą piosenkę, która jednak nie została wybrana jako singiel promujący płytę.
Tym został utwór pt. Legalna Moskwa, który opowiada o historii wokalisty wychowującego się za czasów okupacji rosyjskiej. Moim zdaniem wybór co najmniej średni, bowiem wskazałbym co najmniej trzech lepszych kandydatów do tego zadania, ale rozumiem, że być może w trakcie wyboru singla zaważyły kwestie osobiste. Wybór ten zawsze zależy od indywidualnego podejścia danego artysty, dlatego wszelka polemika na tym polu jest raczej bezcelowa, a gdybanie zostawmy starszym panią rozmawiającym w autobusie dla zabicia czasu.
Skoro wspomniałem już o tekście jednej z kompozycji, to warto by wspomnieć też o reszcie. Teksty są bowiem tym, co wyróżnia ten album. Niezwykle dojrzałe, momentami lekko zabawne, jednak posiadają w sobie coś, co może zaciekawić: ukrytą treść. Wszak każdy niemal tekst robi wrażenie niezwykle przemyślanego i takiego, który ma w sobie coś, nad czym warto się chwilę zastanowić. Mnie szczególnie do gustu przypadły słowa do tytułowego Uniformu, jednak pytając o przyczynę takiego stanu rzeczy, nie będę Wam w stanie odpowiedzieć.
Jednak żeby nie było tak kolorowo, miło i przyjemnie, to czas teraz dodać łyżeczki dziegciu do tej beczki miodu. Chodzi o wokal. Nie jest to wprawdzie Honorata Skarbek czy inna tego typu ściema, jednak do Freddy’ego sporo brakuje. Styl brytyjski stylem brytyjskim, ale kwestia wokalu jest punktem newralgicznym na tej płycie. Momentami ma się wrażenie, że lepiej gdyby zamiast niego nie było nic, bo momentami psuje on odbiór w paskudny sposób. Najbardziej ordynarnie widać do chyba na przykładzie piosenki Głuchy Telefon, gdzie nie dość, że wokalista brzmi jak marna podróbka Kuby Kawalca, to jeszcze robi to w sposób tak kiepski, że aż swą nieporadnością zagłusza perfidnie ciekawie brzmiące instrumenty. Ojjj nieładnie!
Neony to niewątpliwie ciekawa propozycja dla fanów niezależnego rocka, którzy lubią się przy tym dobrze pobawić, bowiem na dobrą potańcówkę w takich klimatach nadają się idealnie. Moim zdaniem inspiracje, jakie by nie były, dobrze wpływają na brzmienie zespołu, co przekłada się na przyjemny odbiór płyty. Od czasu do czasu warto zmówić zdrowaśkę, gdyż wokalista nie zawsze rozpieszcza nas swoimi pięknie brzmiącymi górnymi partiami, jednak wyłączając te fragmenty (raczej nieliczne) z całokształtu, płyta prezentuje się naprawdę zacnie i stoi na bardzo wysokim poziomie. Dlatego mówimy duże TAK Wielkiej Brytanii, która być może w ten sposób zrewanżuje się nam za setki rozbitych rodzin w związku z emigracją zarobkową (nieśmieszny żart prowadzącego na koniec tekstu dla podbicia czytalności w tych czasach jest sprawą obowiązkową).

