Site icon All About Music

Nagrody Grammy to jakaś kpina. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Pojutrze odbędzie się 58. rozdanie nagród Grammy. Tak jak w ostatnich latach, nie mam zamiaru oglądać ani transmisji z gali, ani jakiegoś pisemnego sprawozdania z imprezy. Ewentualnie z czystej ciekawości zerknę na jakieś podsumowania i dowiem się kogo szanowna komisja uznała za najlepszych muzyków w zeszłym roku. Chociaż w sumie mało mnie to interesuje, nawet za bardzo nie wiem kto jest nominowany.

Jeżeli mam być szczery, to Grammy są dla mnie mieszanką mało śmiesznego żartu, żenady, kolesiostwa i sporej dawki kpiny. Można mówić, że Oscary nie są przyznawane tym, kto na nie zasłużył (hej Leo!), ale to pikuś w porównaniu z tym, co można zaobserwować w przypadku Grammy. Fakt, przygotowywane występy prezentują się fajnie. Widać, że praca nad nimi nie rozpoczyna się dwa dni przed imprezą. Ale jednak jako fan muzyki chciałbym traktować Grammy jako poważną galę, na której nagradza się artystów, którzy rzeczywiście na to zasłużyli, a nie wykonawców, którzy, czasem nie wiem jakim cudem, przypodobali się Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji. Żeby nie było, że jestem gołosłowny i rzucam bezpodstawnie swoimi zarzutami w prawo i w lewo, to podrzucę kilka przykładów, które potwierdzą moje słowa.

Zacznijmy od 1989 roku. W trakcie 31. rozdania Grammy miał nastąpić ważny moment dla fanów trochę mocniejszej muzyki niż twórczość Madonny – wręczenie pierwszej w historii statuetki za Najlepszy Hard Rockowy/ Metalowy Album roku. Niekwestionowanym faworytem była Metallica. Można ich nie lubić, można twierdzić, że od 30 lat nie nagrali nic ciekawego, ale w tamtym momencie byli chyba najważniejszym zespołem metalowym na Ziemi. Inni mogli im co najwyżej podawać piwo w czasie koncertów. Ale, że nominacji jest więcej niż tylko jedna, zaproszenie na galę otrzymali też m.in. Jethro Tull, brytyjska kapela, której lider od czasu do czasu gra na ukulele. Jeżeli ktoś nie wie, co to ukulele, to podpowiem tylko, że to instrument pasujący do muzyki metalowej tak, jak LemOn pasował jako support do Imagine Dragons w Łodzi. Czyli nijak. Jak już się pewnie domyślacie, nagroda ta nie trafiła w ręce długowłosych muzyków Mety, tylko do Brytyjczyków. Metallica, jak mówią plotki, była po prostu wściekła. Na szczęście sprawa ta nie została zamieciona pod dywan i wszystkie magazyny branżowe obsmarowały komisję przyznającą nagrodę za to, że statuetkę przeznaczoną dla mocniejszego grania wręczyła zespołowi, który na nią po prostu nie zasłużył.

Inny przykład. Znacie na pewno Nirvanę. W ich przypadku znowu można odszukać bandę krzykaczy, którzy zabierać im będą zasługi dla muzyki rockowej. Lecz każdy kto tak uważa w mojej opinii jest po prostu pozerem chcącym na pokaz zaprzeczać rzeczywistości. W 1992 roku Nirvana otrzymała nominację do Grammy za album Nevermind. Przegrała z płytą R.E.M., której tytułu nawet nie będę podawał, bo nic on wam nie powie. Za życia Kurta Cobaina Nirvana nie wygrała ŻADNEJ Grammy. I nie mówimy tu przecież o kapeli, która przez 5 minut wzbudziła uwielbienie słuchaczy, tylko o zespole pełną gębą, będącym już wtedy jednym z najważniejszych w historii gitarowego grania. Żeby nie było, Nirvana zdobyła Grammy. W 1996 roku szanowna komisja nagrodziła ich złotym gramofonem za album MTV Unplugged in New York.

Nie trzeba być fanem popu, by stwierdzić, że fakt, iż Katy Perry, nie umiejąca co prawda śpiewać, ale posiadająca niezliczoną ilość przebojów,  zasłużyła na chociaż jedną statuetkę. A jej nie ma. I w sumie mógłbym się jeszcze po pastwić trochę nad tymi nagrodami, ale postanowiłem, że w dzisiejszym felietonie nie przekroczę limitu 600 wyrazów. Zresztą, pewnie większość z was obejrzy transmisję z gali w Los Angeles, lub przejrzy podsumowania w telewizji. I Idę o zakład, że w którymś momencie stwierdzicie: Kurde, ten Koziołkiewicz miał jednak rację. Obym się mylił.


Exit mobile version