Złośliwi znający tylko jedną piosenkę Asafa Avidana mogliby powiedzieć, że izraelski pop cienko piszczy. Nic bardziej błędnego. Piosenkarz spopularyzowany przez The Mojos nie jest nawet pierwszym artystą z tego kraju, który zdobył pewną popularność w Polsce. Ale po kolei.
Bardzo kuszące byłoby utożsamienie muzyki Izraela z chlubnymi wielowiekowymi tradycjami muzycznymi narodu żydowskiego. Któż nie słyszał o musicalu Skrzypek na dachu albo kapelach klezmerów (choćby znanych m.in. ze współpracy z Nigelem Kennedy Kroke Band)? Prawda jest nieco bardziej złożona. Praktycznie w każdym kraju, w którym przebywała diaspora żydowska, czy była to Rosja, państwa Ameryki Łacińskiej, czy Etiopia (także Polska), jej przedstawiciele czerpali z tamtejszej kultury. Dużą rolę w kształtowaniu się izraelskiej muzyki oczywiście odegrały również dźwięki świata arabskiego. Dlatego w izraelskim folku, ale także popie i rocku, można odnaleźć ślady z pozoru tak nietypowych stylów, jak bouzouki czy salsa.
Staram się w tym cyklu nie poruszać zbyt wielu wątków eurowizyjnych, ponieważ możecie na ten temat poczytać w innych miejscach portalu, jednak w przypadku Izraela byłoby to trudne. Rzadko zdarza się bowiem, aby niebrytyjska uczestniczka tego konkursu trafiła na pierwsze brytyjskiej listy przebojów z inną kompozycja. Taka sztuka udała się Esther Ofarim (ur. 13 czerwca 1941 w Safed), która w 1963 r. reprezentowała Szwajcarię z utworem T’en vas pas, zaś pięć lat później wraz z mężem gitarzystą Abim (ur. 5 października 1937 r. w Safed, prawdziwe nazwisko Abraham Reichstadt) wylansowała przebój Cinderella Rockefella. Prawdopodobnie zdobył on sobie zwolenników przede wszystkim wśród starszego pokolenia słuchaczy, ponieważ wydaje się mocno inspirowany muzyką lat 20. Para, która rozwiodła się w 1970 r., wylansowała też kilka innych europejskich hitów, m.in. Morning in My Life. Syn, Esther i Abiego – Gil, pod koniec lat 90. wiele razy spoglądał na nas z okładek plakatów Bravo. Ostatnio jednak jego pozycja w niemieckim show-businessie tak mocno spadła, że był zmuszony do udziału w programie The Voice.
W latach 80. światową karierę zrobiła izraelska wokalistka Ofra Haza (19 II 1957-23 II 2000), która zrobiła wiele dla popularyzacji muzyki Jemenu, z którego pochodziła jej rodzina. Ona również wystąpiła na Eurowizji – w 1983 r. zajęła drugie miejsce z piosenką Chai (Alive), co miało symboliczne znaczenie, ponieważ konkurs rozgrywano wtedy w Monachium, w którym jedenaście lat wcześniej doszło do masakry izraelskich sportowców dokonanej przez palestyńskich terrorystów. Jej największy hitu – Im Nin’alu, w 1988 r. przebywał przez 9 tygodni na szczycie niemieckiej listy przebojów. Samplowali go wpływowi w tamtym okresie raperzy – Eric B & Rakim oraz Panjabi MC. W 1992 r. Haza otrzymała nominacje do Grammy za album Kirya. W tym samym roku wystąpiła gościnnie na singlu Temple of Love jednej z najpopularniejszych grup rocka gotyckiego – The Sisters of Mercy. Nagrała także duet z Paulą Abdul pt. My Love Is for Real. Niestety, piosenkarka zmarła przedwcześnie w wyniku zapalenia płuc wywołanego zakażeniem wirusem HIV.
Izraelska muzyka rockowa aż do połowy lat 80. miała najczęściej dość wstrzemięźliwy charakter. Duże zasługi dla zmiany tego stanu rzeczy miał Aviv Geffen (ur. 10 maja 1973 r. w Ramat Gan), który w latach 90. prowokował makijażem, strojami inspirowanymi glam-rockową modą lat 70. oraz niewybaczalnym dla wielu w tym specyficznym kraju uchyleniem się od służby wojskowej (oficjalnie – z powodów zdrowotnych). W twórczości Geffena z tego okresu swoje odzwierciedlenie znalazło zamordowanie premiera Icchaka Rabina w 1995 r. Napisaną pod wpływem tego wydarzenia piosenkę Shir Tikva ochrzczono izraelskim Imagine. W 2004 r. ukazał się pierwszy album formacji Blackfield, w której Geffen połączył siły ze Stevenem Wilsonem z neoprogresywnej formacji Porcupine Tree. Jak na razie trzy jej utwory trafiły na szczyt listy przebojów PR3.
Aviv Geffen to nie jedyny androgyniczny izraelski wokalista, który zaznaczył się w historii popu. Być może domyślacie się kogo jeszcze mam na myśli, ale na razie za tydzień weźmiemy kurs na Brazylię. Mam nadzieję, że miałem nooosssa z tym wyborem :)

