W latach 80. i 90. brazylijska muzyka trafiała do młodych Europejczyków przede wszystkim za pośrednictwem zespołów z innych części świata – Kaomy z Francji (Lambada) i Bellini z Niemiec (Samba De Janeiro). W tym samym czasie mieszkańcy Kraju Kawy mieli własnych idoli z kręgu opisywanego akronimem MPB (Música Popular Brasileira).Odkąd w 1986 r. wystartowała lista przebojów Billboard Latin Songs, dominują na niej wykonawcy hiszpańskojęzyczni, głównie imigranci z Kuby, Portoryko i Meksyku, chociaż zdarzały się już triumfy np. artystów z Wenezueli, nie mówiąc o Kolumbijce Shakirze (spóźnione happy birthday!) i pochodzącego z Hiszpanii Enrique Iglesiasa. Pierwszym brazylijskim rodzynkiem w tym cieście był…Roberto Carlos. Wbrew pozorom nie chodzi o jednego z najlepszych lewych obrońców współczesnej historii futbolu. „Ten” Roberto Carlos nosi nazwisko Braga i urodził się ponad ćwierć wieku wcześniej (19 kwietnia 1941 r. w Cachoeiro do Itapemirim w stanie Espirito Santo). Otrzymana w 1988 r. nagroda Grammy za album zatytułowany po prostu Roberto Carlos’88 i trzy numery jeden na Billboardzie w latach 1988-91 (w tym duet z nieżyjącą już popularną hiszpańską piosenkarką Rocío Dúrcal, która jako pierwsza w historii znalazła się na szczycie latynoskiej odsłony tej listy) stanowiły ukoronowanie jego rozpoczętej w 1961 r. kariery. Słuchając tylko przebojów Bragi z tego okresu, trudno byłoby zgadnąć, że w latach 60. należał on do brazylijskiej „młodej gwardii”, która przeszczepiła na grunt tego trzymanego żelazną ręką przez faszyzującą juntę kraju rewolucję w muzyce pop i jej promocji zapoczątkowaną przez Elvisa Presleya i The Beatles. Jednak już pod koniec lat 60. wokalista porzucił swój na początku humorystyczny i frywolny repertuar na rzecz bardziej romantycznego image’u. Przyniosło to efekt w postaci 70 (według niektórych danych – nawet 120) milionów sprzedanych płyt i miana „króla muzyki latynoskiej”.
Roberto Carlos pozostaje dla Polaków praktycznie anonimowym artystą – ten element rynku całkowicie zagospodarował w Polsce „boski” Julio Iglesias oraz bliżsi geograficznie trubadurzy. Za to od dawna nie jest nam obca nazwa Sepultura. Ta kapela, której nazwa oznacza w języku portugalskim „grób”, powstała w 1984 r. w Belo Horizonte. Założyli ją bracia Max i Igor Cavalera, a bezpośredniej inspiracji dostarczyło temu pierwszemu wysłuchanie płyty Black Sabbath, vol. 4. Na początku muzycy czerpali głównie z klasycznego heavy metalu, przełomem było dla nich poznanie nagrań grupy Venom. Zwrot w stronę death i thrash metalu zaowocował w 1989 r. podpisaniem kontraktu z amerykańską firmą Roadrunner Records. Do najlepszej albumów Sepultury należą Beneath the Remains (1989), Arise (1992), Chaos A.D. (1993), gdzie wpletli elementy industrialu i hardcore punku oraz Roots (1996), na którym eksperymentowali z muzyką rdzennych mieszkańców Brazylii. W 1996 r. Max Cavalera na skutek osobistej tragedii (morderstwo pasierba) odszedł z zespołu. Wkrótce założył nowy – Soulfly, w którym m.in. nadal próbował łączyć muzykę świata z ciężkimi brzmieniami. Sepultura, która w tym czasie miała już swoją siedzibę w amerykańskim Phoenix, nagrywała nadal z nowym wokalistą Derrickiem Greenem. W 2007 r. opuścił ją Igor Cavalera, który usiadł za perkusją w utworzonym wraz z bratem projekcie Cavalera Conspiracy. Jak na razie ostatnim albumem załogi jest Kairos z 2011.
I tyle na dziś o Brazylii, ponieważ jestem Wam winny erratę/suplement. Pisząc, że Mory Kante był pierwszym artystą z francuskojęzycznej Afryki, któremu udało się wylansować europejski przebój, zupełnie zapomniałem o F.R. Davidzie. Wykonawca słynnego Words (czy jak to niektórzy mówili w Polsce w latach 80. „Don’t Come Easy” lub…”John Kamiński”) naprawdę nazywa się Elli Robert Fitoussi i urodził się 1 stycznia 1947 r. w tunezyjskim Menzel Bourgiba. Już w latach 60. występował we francuskich zespołach „garażowych”, próbował też kariery solowej z coverami The Bee Gees i The Beatles. W latach 70. śpiewał na płytach greckiego kompozytora Vangelisa, ponoć współpracował też jako gitarzysta ze sławną amerykańską grupą Toto. Większość jego przebojów z lat 80., podobnie jak Words (brytyjski singlowy numer 2 wiosną 1983 r.), to sentymentalne ballady, dlatego proponuję posłuchać nieco żywszego, bardziej dyskotekowego Pick Up the Phone. Utwór ten w niemieckiej wersji językowej miał w swoim repertuarze Thomas Anders, zanim stał się „głosem” Modern Talking.
www.youtube.com/watch?v=c6myFY3EwsA
Za tydzień chyba coś przede wszystkim dla miłośników kobiecych głosów – australijski pop XXI wieku.

