Wytrwać dwadzieścia lat na scenie to nie lada wyczyn. Gdy dodamy do tego fakt, że mówimy w tym kontekście nie o jednej osobie, a o zespole, to z pewnością robi to wrażenie. Nie ukrywajmy, wiadomo jak to jest w grupie ludzi. Zawsze mogą pojawić się jakieś spory, odmienne zdania, dodatkowo swoje robi ogromna ilość czasu spędzana ze sobą. Czy to w trakcie trasy koncertowej, czy w trakcie nagrań. W przypadku tych Panów, wszystko działa jednak jak w szwajcarskim zegarku i nie zanosi się na to, żeby miało przestać.
Dokładnie w tym roku mija dwadzieścia lat od powstania zespołu Happysad. Z tej okazji, trochę też jak sami mówią namową fanów, zdecydowali się na wydanie jubileuszowego albumu, który będzie, no właśnie.. W tym miejscu, pisząc o rocznicowym krążku, powiedziałbym, że będzie on zbiorem utworów „best of”. Tak jednak nie jest, co zdecydowanie trafia w moje gusta. Otóż chłopaki nie chcąc iść na łatwiznę ( co jest notabene oczywiste w ich przypadku), postanowili stworzyć dwupłytowy album, zawierający tytułowe Odrzutowce i kowery. Co się pod tym kryje? Śpieszę z wyjaśnieniem. Jak łatwo się domyślić, odrzutowce są to utwory, które z jakichś względów nie znalazły się na żadnym z poprzednich albumów. Niektóre nawet nigdy nie zostały zagrane w studio, inne nie pasowały do koncepcji, motywu, albo nie były spójne z konkretną płytą. Kowery, to nie są jednak typowe covery, jak można by przypuszczać. Są to wszystkim dobrze znane i lubiane utwory, które zyskały nowe życie, inne aranże, w większości dostosowane do współczesnej muzyki. Oczywiście niczego nie ujmując chłopakom z Happysadu, bo dobrze wiemy, że stylistycznie potrafią dostosować się do muzycznych trendów, co pokazali zresztą swoim poprzednim albumem Rekordowo letnie lato.
Ci, którzy bywają na koncertach tego zespołu, doskonale wiedzą, że Panowie lubią bawić się muzyką. Nie boją się odważnych aranżacji, niekiedy kompletnie zmieniających pierwotny wydźwięk danego utworu. Ale o tym w dalszej części. Skupmy się na razie na odrzutowcach, wśród których znalazło się 7 wcześniej niesłyszanych kompozycji. Do współpracy przy ich nagraniu zaproszono m.in. Abradaba. Mamy też cover słynnego polskiego zespołu Pidżama Porno. Numer z Abradabem o tytule Nasza jest noc, to iście imprezowy kawałek. Tak, dobrze czytacie, imprezowy. Dopiero co wspominałem o bawieniu się muzyką i tak jest właśnie w tym przypadku. Utwór ten z powodzeniem mógłby zagościć na imprezach tanecznych, a gwarantuję, że ludzie ruszyli by do tańca! Połączenie żywych instrumentów, z elektronicznym brzmieniem, do tego zwrotki gościa – prosty przepis na sukces. Zestawiając do tego Stąpając po niepewnym gruncie, czyli cover Pidżamy Porno, zyskujemy mocno kontrastujące ze sobą stylistycznie utwory, które występują jeden po drugim (na albumie akurat kolejność odwrotna niż przeze mnie przytoczona). W przypadku tego utworu, jeśli chodzi o to co słyszymy, jest to 100% muzyka, i styl który od razu kojarzy się wcześniejszą erą zespołu. Podobnie jest z Do rana przyłóż, które otwiera pierwszą odsłonę albumu. Bardzo dynamiczna kompozycja, przypomina mi nieco Mówi Mi Dobrze, jeśli chodzi o samo tempo i muzykę. Aż chce się powiedzieć – stare, dobre Happysad! Żywa, z rockowo-alternatywnym pazurem gitara – miód na moje uszy.
Generalnie można odnieść wrażenie, że utwory na Odrzutowcach, w początkowej fazie, są ze sobą zestawiane jak wspominałem kontrastowo. Na przemian żywsze z tymi melancholijnymi. Ciekawą propozycją jest np. Zmęczony. Stylistycznie zdecydowanie muzyka alternatywna. Motyw muzyczny oparty na instrumentach dętych i gitarowych riffach z towarzyszeniem rytmicznej perkusji, trzymającej całą sekcję muzyczną w ryzach. Mamy tu także fajny bridge, w którym mamy bardzo duży natłok dźwięków, wprawiających słuchacza w hipnozę. Dla odmiany Bez Cienia, to zwrot w stronę muzyki elektronicznej.
Czas na drugą część albumu, czyli dobrze znane i lubiane utwory, z nowym życiem. Większość z nich, to wersje koncertowe, teraz nagrane w studiu. Dlatego, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, stając się posiadaczami najnowszego krążka Happysad, podczas jego słuchania będziemy mogli się poczuć jak na koncercie, słuchając właśnie tych wersji. Utwory, które wydawały się nam wcześniej dość hmm, melancholijne, jak np. Łydka, zyskały potężnego powera. Mocno podkręcone tempo, dużo elektroniki. W momencie, gdy wchodzi bridge, mam przed oczami tłum ludzi na koncercie, z falującymi w rytm muzyki dłońmi w górze. Znalazło się także, dla uwielbianego przeze mnie w wersji live Mów mi dobrze. W nowym aranżu jest to po prostu rakieta! Skomplikowana i szybka partia perkusji oparta na dźwiękach hi-hatu, w połączeniu z równie zawiłą i wiodącą prym partią basu razem tworzą podstawę, prowadzącą resztę muzyków przez utwór. Znalazło się także miejsce na mały instrumental z wokalem Kuby. Niewiele pisałem, o jego wokalu na tym krążku, a w zasadzie wcale. Jest to spowodowane tym, że wszyscy doskonale wiemy, że jest on świetnym wokalistą, o ciepłej i przyjemnej dla ucha barwie głosu. Potrafi on swoimi interpretacjami utworów porwać słuchacza i wprowadzić w kontekst i treść, którą chce nam przekazać. W drugiej części płyty mamy również utwory takie jak Nie będziem płakać, My się nie chcemy bić, czy Ciała detale. Można powiedzieć, że pierwszy z wymienionych to jeden wielki utwór instrumentalny, w którym muzycy pokazują swój kunszt. Muzyka wysokich lotów, coś co niekoniecznie spotyka się słuchając dzisiejszych radiowych hitów. My się nie chcemy bić zyskało za to zdecydowanie lepsze drugie życie. Oryginał nie przypadł mi aż tak do gustu. Tutaj Panowie wznoszą się na muzyczne wyżyny, niczym alpiniści zdobywający Koronę Himalajów. Wisienką na torcie jest krótka, ale za to soczysta solóweczka saksofonu, poezja.
Przyznam, że ciężko byłoby mi wybrać najlepszy utwór z Kowerów. Każdy zyskał inne brzmienie., nową energię. Jedne w stronę melancholii na miarę obecnych trendów muzycznych, inne zaś poszły w stronę kompletnych energicznych petard. Bardzo podoba mi się np. Ciała detale. Przypomina mi on pewien utwór, ale nie mogę sobie przypomnieć tytułu. Zabrzmi to banalnie, ale każdy utwór jest wyjątkowy i ma w sobie coś, co mnie urzeka. Na koniec najlepsze i najbardziej niespodziewane czyli remix Zanim pójdę. Takiej odsłony tego chyba największego hitu zespołu, nie spodziewaliby się nawet jego najwięksi fani. Za tę niespodziankę odpowiadają przyjaciele zespołu, którzy byli także producentami i realizatorami tej płyty czyli Mariusz Obijalski i Arek Kopera. Jak to mówią młodzi, totalny sztos! W sam raz na klubowy parkiet.
Zbierając się już do podsumowania, powiem Wam drodzy czytelnicy, że zdecydowanie bardziej urządza mnie i jara taka odsłona jubileuszowej płyty, niż oklepane wydanie „best of”. Tym bardziej gdyby były to wersje, które słyszeliśmy już miliony razy. Na szczęście Panowie z Happysadu nie lubią takich tandetnych pomysłów i zawsze szukają czegoś, co może zaskoczyć. Chwała im za to! Podobnie było w tym przypadku, gdyż album ten jest nie lada gratką dla fanów zespołu, ale myślę, że też nie tylko dla nich. Fajnie jest posłuchać utworów, które nie miały wcześniej tyle szczęścia by znaleźć się na którejś z płyt. Zapewne dużo osób będzie się zastanawiało, która z kompozycji pochodzi z jakiego okresu. Można by to wnioskować po stylu grania, który zmieniał się na przestrzeni lat. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Myślę, że zaspokojeni zostali zarówno zwolennicy starego, jak i nowego brzmienia zespołu. Najbardziej będą się cieszyć Ci, którzy po prostu lubują się w muzyce Happysad i nieważne dla nich jest to, w jakim stylu grają. Słuchanie Odrzutowców i kowerów, było dla mnie nie lada przyjemnością. Miło jest posłuchać muzyków, którzy cechują się taką dbałością o brzmienie, niebojących się grania trudniejszych partii melodycznych na swoich instrumentach. Zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z najnowszym wydawnictwem zespołu, które jest fajnym podsumowaniem ich dotychczasowej, dwudziestoletniej kariery na rynku muzycznym. Oby grali nam przez drugie tyle lat!

