Mało którym zespołom udaje się stworzyć drugą płytę tak, aby równie dobrze zapadła w pamięć jak pierwsza i aby ją przewyższyła, tą za pomocą której zyskali rozgłos i sławę. Nie da się od tego uciec, kiedyś musiała nadejść ta chwila, a Mumford & Sons potrzebowali 3 lat, by nabrać sił, pomysłów i zachwycić po raz drugi.
Brytyjczycy w bardzo krótkim czasie zamienili się ze zwykłych grajków w wielkie gwiazdy, pożądane na każdym muzycznym festiwalu. Zyskali sympatie fanów na całym świecie, co potwierdza to, iż Sight No More rozszedł się w ponad 2 milionach kopii, a hale koncertowe są wypełniane po same brzegi.
24 września nadeszła chwila prawdy. Czy zespół udźwignął to wszystko, czy nie bał się eksperymentować, co zmienił, a co pozostawił bez zmian? Babel, bo tak nazwali swój drugi album promował singiel I Will Wait. Już po pierwszym przesłuchaniu, nie można powiedzieć nic innego jak: to będzie świetny album. Faktycznie, piosenka ma wszelkie predyspozycje, aby stać się wielkim przebojem. To spotęgowało tylko ciekawość do reszty materiału.
Na pierwszy ogień idzie tytułowy Babel – i radzi sobie całkiem nieźle. Słychać znów te charakterystyczne gitary, które wprowadzają nutkę folku oraz to, że Marcus jest w idealnej formie wokalnej. Następnie mamy Whispers in the Dark, które też pozostawia po sobie dobre wrażenie. Holland Road to z kolei piękna ballada miłosna z równie piękna mandoliną w tle. Później mamy nieco mało przebojowe Lover Of The Light, Lovers’ Eyes i Reminder. Niestety, ale po kilkakrotnym przesłuchaniu nie jestem w stanie zanucić żadnej z nich. Hopeless Wanderer można rozpoznać poprzez urocze klawisze, towarzyszące wokalowi Marcusa przez całe 5 minut. Mamy tam również delikatne chórki kolegów z zespołu, które dochodzą mniej więcej w połowie oraz narzucają szybsze tempo szalone gitary. Broken Crown to z kolei dość surowe brzmienie, wyczuwalna w głosie masa niepewności i obaw, ale całkowicie bez powodu. Całość naprawdę zasługuje na wielki plus. Below My Feet to idealna kołysanka – polecam każdemu, kto nie może zasnąć. Nie oznacza to jednak, że to nudny utwór nie mający żadnej wartości. Otóż jest całkowicie przeciwnie. Na sam koniec mamy For Those Below, bez czego płyta niewiele by straciła, gdyby dla tego utworu brakło na niej miejsca.
Album przesłuchałam kilka razy, jeśli nie kilkanaście. Za każdym razem znajdowałam coś nowego, coś godnego uwagi, coś co mnie zachwyciło. Uważam, że po jednokrotnym przesłuchaniu nie wiele można powiedzieć i nie można od razu skreślać tej całej pracy jaką wykonali muzycy. Te 12 piosenek naprawdę coś w sobie wartościowego mają, może nie staną się radiowymi przebojami, ale na pewno znajdą miejsce w sercu niejednego słuchacza i zostaną w nich na długo.
