Piękno tkwi w prostocie, a lepsze jest wrogiem dobrego – te prawdy, choć mocno oklepane, sprawdzają się na każdym kroku. Weźmy na tapetę taką sytuację: jedna scena, dwoje zdolnych muzyków, trzy gitary i cztery ręce aby to wszystko okiełznać. Skromnie, ale to właśnie w duchu takiego minimalizmu przebiegał gdański koncert formacji The Dumplings. Co ważne – przebiegał bardzo przyjemnie.
Kto Zobaczy Tour, uformowany w związku z niedawną reedycją albumu Sea You Later, to trasa pełna niespodzianek, zwrotów akcji i gości towarzyszących Pierożkom. Nie inaczej było w przypadku Trójmiejskiego występu duetu, gdzie forma podania prezentowanych treści była niezwykle różnorodna.
Poczynając od instrumentarium, warto odnotować plus w postaci gitar i klawiszy obecnych na scenie obok konsolety. Ta ostatnia, na spółkę z komputerem stanowiła wprawdzie główne źródło brzmienia, ale pewne subtelne partie były wtrącane na innej drodze. Wszystko zaczęło się od piosenki Kto Zobaczy, gdzie brylował Kuba Karaś ze swoim basem. Leniwa konwencja utworu pięknie współegzystowała z niskimi tonami granymi na żywo, a jedynym minusem był zbyt cichy wokal/zbyt głośna elektronika. Niewyraźny głos Justyny nieśmiało przebijał się zza szaty muzycznej, ale szło mu to bardzo opornie. Na szczęście wraz z rozwojem wydarzeń na scenie, sytuacja została opanowana.
Wraz z przebiegiem koncertu grupa nabierała pewności siebie i początkowa nieśmiałość szybko przerodziła się w radość. Z czasem pojawiły się dłuższe zapowiedzi piosenek, interakcja z publiką, a nawet dość odważny żart o koniu (po całość odsyłam do Kuby). Te sprawy, choć tyczą się rzeczy około muzycznych, także wpływają na odbiór muzyki i zawsze są ważnym elementem show. Dlatego oklaski po tradycyjnym „dziękujemy”, wypowiadanym przez Justynę wraz z końcem niemal każdego utworów, były dla słuchaczy prawdziwą przyjemnością.
Setlista występu oparta była o wspomniane już Sea You Later w wersji deluxe, choć nie obyło się bez powrotów do nieco starszych dzieł (jakkolwiek głupie by to nie było, gdy mowa o duecie nastolatków). Z tym faktem związany był jeden z milszych elementów tego wieczoru, czyli obecność Tomka Makowieckiego podczas mocno odświeżonej wersji piosenki Technicolor Yawn. Sam wokalista wyglądał co prawda mocno niewyraźnie, lecz jego wkład muzyczny był nieoceniony. Aksamitny głos, połączony z grą na klawiszach wniósł do utworu zupełnie nową jakość, a improwizowana końcówka dodała mu jeszcze więcej uroku.
Takich perełek na przestrzeni koncertu było zdecydowanie więcej, lecz w porównaniu z materiałem studyjnym różnice te były bardzo subtelne. Ciekawą opcją na nieco szersze pójście w zmianę aranży byłoby dodanie pełnego zespołu ze stałymi elementami (perkusja, gitara, bas, może nawet smyczki lub dęciaki), ale to tylko moja opinia. Nie zmienia ona jednak faktu, że elektroniczne brzmienie w większości grane z konsolety, świetnie się obroniło i żaden ze słuchaczy nie opuścił B90 ze smutną miną. A gdy muzyka cieszy, to muzycy z czystym sumieniem mogą rzec: odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Śmiało, Pierożki!

