Wydanie albumu złożonego z elektronicznych numerów zaaranżowanych przez orkiestrę symfoniczną to dość ryzykowny krok. Klasyczne instrumenty potrafią wyciągnąć na wierzch miałkość wielu produkcji, jednak dzieła Moby’ego wybroniły się całkiem dobrze, ukazując na Reprise nierzadko zaskakującą głębię jego kompozycji.
Nim przejdę do recenzowanego albumu, muszę poczynić pewną uwagę wstępną. Otóż, Moby czyli Richard Meliville Hall, należy do tych artystów, których często słucham, ale raczej się do tego nie przyznaję. Takie typowe guilty pleasure. Oczywiście, na przełomie wieków znaczenie jego twórczości było dla szeroko rozumianej muzyki elektronicznej dosyć znaczące. Dokonał pewnego wyłomu wydając album Play, który jest bodaj jedynym przypadkiem w historii muzyki, kiedy każda z piosenek znalazła się w jakimś filmie, reklamie lub programie telewizyjnym. Sęk w tym, że tak szybko, jak na ten muzyczny Olimp Moby wszedł, tak szybko zaczął z niego schodzić. Było to ponad dwadzieścia lat temu i do dziś nie udało mu się stworzyć nic nadzwyczajnego. Miewał albumy lepsze i gorsze, ale były one raczej dowodem na to, że Nowojorczyk muzycznie najlepiej czuje się w swojej niszy i komercyjny sukces przydarzył mu się nieco przypadkiem. O tym, że nie był na niego gotowy mówi z resztą jego autobiografia („Porcelain: A Memoir” i „Then it Fell Apart”), w której opisuje doświadczenia sprzed i po wydaniu Play. Wracając wielokrotnie do Innocents z 2013 r., Everything Was Beautiful and Nothing Hurts z 2018 r. czy kilku albumów z muzyką ambientową, mam świadomość, że jestem jednym z niewielu, których te dokonania Moby’ego jeszcze ruszają.
I nagle pojawia się Reprise. Ktoś powie odgrzewany kotlet, bo album nie dostarcza słuchaczowi żadnych nowych kawałków. Trudno nawet określić to odcinaniem kuponów od sławy, bo gwiazda Moby’ego już dawno mocno przygasła. Czym zatem jest Reprise? Moim zdaniem jest muzyczną przygodą. Zupełnie nieoczekiwaną, bo inicjatywa nagrania płyty nie wyszła od Halla, a od przedstawicieli Deutsche Gramophon, niemieckiej wytwórni, specjalizującej się w muzyce poważnej. Pomysł mu się spodobał, dokonał więc selekcji piosenek, nagrał pierwsze wprawki i przekazał je muzykom budapesztańskiej orkiestry do przearanżowania ich na pełnoprawne, symfoniczne wersje swoich utworów.
Utwory na playliście pochodzą głównie ze starszych albumów Nowojorczyka. Jest Natural Blues czy Porcelain z płyty Play, We Are All Made of Stars i The Great Escape z 18, ale nie brakuje także świeższych kawałków, spośród których można wymienić choćby The Lonely Night i The Last Day z Innocents. Bardzo ciekawie brzmi Extreme Ways, singiel znany ze ścieżki dźwiękowej filmów o Jasonie Bourne’ie z Mattem Damonem w roli głównej. W wersji symfonicznej utwór nabiera zupełnie nowego charakteru i pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest nawet lepszy niż oryginał. Dość zaskakująco na płycie znalazł się także cover hitu Davida Bowiego Heroes, ale jak podkreśla sam Moby, ta piosenka jest w jego prywatnym Top 5 i bardzo chciał wydać ją w swojej wersji.
Zagranie Hereos na gitarze akustycznej wspólnie z Davidem jest jednym z najcenniejszych wspomnień mojego życia. Niestety, nie nagraliśmy naszej wspólnej wersji, więc ta z Reprise jest moim listem miłosnym do tego wspomnienia – mówił Moby przy okazji promocji nowej płyty.
Co charakterystyczne dla wydawnictw Halla, również i na Reprise zaprosił do współpracy wielu gości. Jest Mark Lanegan i jego chrypka na The Lonely Night przy współudziale Krisa Kristoferssona. Nie mogło zabraknąć Skylar Grey na The Last Day, cenionego jazzmana Gregory’ego Portera czy islandzkiego pianisty Víkingura Ólafssona.
Moby mimo wszystko zaskoczył. Jego utwory zawsze wprowadzały w nieco melancholijny klimat, a muzyka poruszała swoją przestrzenią. I to się nie zmieniło. Symfoniczne wersje umożliwiają słuchaczowi uruchomienie jeszcze głębszych, czasami ukrytych pokładów emocji i nadają kompozycjom nowe życie. Słucha się tego naprawdę dobrze i aż chciałoby się więcej. Nie zdziwię się, gdy niebawem usłyszymy zapowiedź powstania drugiej części Reprise z kolejnymi hitami Moby’ego w wersjach symfonicznych.

