Moby wrócił do bardziej elektronicznego brzmienia, nieco nawiązującego do etapu jego twórczości z początku lat 90. Końcowy efekt? Są momenty lepsze i gorsze, ale sumarycznie trzeba to ocenić jako dość przeciętną płytę, która nie zaznaczy się niczym szczególnym w dyskografii nowojorczyka.
Któż nie zna muzyki Moby’ego? Nie ma takich ludzi. Możecie nie wiedzieć, że to akurat z jego repertuaru, ale na pewno każdy z Was słyszał kawałek Richarda Melville’a Halla. I z przekonaniem graniczącym z pewnością, można przypuścić, że utwór pochodzi z płyty Play. Skąd taka odważna konstatacja? Między innymi stąd, że każda z osiemnastu piosenek, pochodzących z tego albumu została wykorzystana albo w filmie, albo w jakimś programie telewizyjnym, a najpewniej w reklamie. Można tu wspomnieć choćby Porcelain, Honey czy Bodyrock, które zestarzały się może nie najlepiej, ale wciąż wywołują nutkę nostalgii.
Eminem na początku XXI w. drwił, że „nikt nie słucha już techno”. A jednak, Play przyniosło gigantyczny sukces komercyjny i wspólnie z następnym albumem – 18 – dało Moby’emu dużą rozpoznawalność. Oczywiście, to nie było już dyskotekowe techno z lat 90. w jego wykonaniu, ale wciąż muzyka elektroniczna, wtedy nie tak obecna w mainstreamie, jak dziś. Późniejsza kariera nowojorczyka toczyła się już ze zmiennym szczęściem i w zmiennym muzycznym stylu.
Druga połowa pierwszej dekady XXI w. to okres muzycznych eksperymentów, które wypchnęły Moby’ego z mainstreamu. Muzyka dance, rock, electronica, a w późniejszym okresie downtempo czy ambient – z właściwą sobie hermetycznością – nie wstrzelała się już tak celnie w oczekiwania fanów, których liczba zaczęła się kurczyć. Moby znowu stał się niszowy, a przy tym niezbyt oszczędzany przez krytyków. I w końcu stworzył Innocents, najlepszy album od ponad dekady, pełen melancholii, przestrzennych, chwilami narkotycznych dźwięków. Dalej była kolejna dawka ambientów, spokojnych, sennych, zaangażowana politycznie These Systems Are Falling i trip-hopowa post-apokalipsa Everything Was Beautiful, and Nothing Hurt.
All Visible Objects jest zupełnie inna niż poprzednich kilka wydawnictw Moby’ego. Mamy tu do czynienia z zupełnym odejściem od downtempo i trip-hopowego brzmienia na rzecz elektroniki, i to takiej z wpływami z lat 90. W tym sensie, Moby wraca do źródeł, początku swojej kariery, kiedy grał głównie w nowojorskich klubach i ani myślał, że kiedyś osiągnie komercyjny sukces i międzynarodową sławę. Muzycznie, album dzieli się na dwie części. Pierwsza jest bardziej house’owa z elementami techno, rave’u. Jest po prostu tanecznie. Słuchając pierwszych kawałków, czułem się, jak na dyskotece rodem z końcówki XX wieku. Druga część ujawnia fascynację nowojorczyka muzyką ambientową, choć w innym wydaniu niż na poprzednich albumach. Nie ma drastycznego spadku tempa, obniżenia nastroju utworów, ale nutka nostalgii wciąż jest słyszalna. Pod koniec nie ma też śpiewu, są to głównie kawałki instrumentalne.
Potwierdzeniem i najbardziej jaskrawym przykładem powrotu Moby’ego do lat 90. jest singlowy Power Is Taken. Utwór brzmi jak żywcem wyjęty rave sprzed ponad dwudziestu lat z wiecowym tekstem. Oczami wyobraźni widzę populistę-najntisa, wykrzykującego takie hasła. Nie wiem, kto podpowiedział, by uczynić singlem najgorszy numer na płycie, ale z pewnością stał za tym jakiś głębszy koncept, którego nie wyłapałem. Z pozostałych utworów, najbardziej in plus wybija się drugi singiel Too Much Change. Przejmujący głos Apollo Jane, nienachalnie obecny podczas całego utworu, znakomicie wpisuje się jako przerywnik do przestrzennej elektroniki o nieco transcendentalnym charakterze. Warto przesłuchać również kawałki instrumentalne – Separation, Tecie i tytułowy All Visible Objects, choć na pewno nie są szczytem artystycznej formy nowojorczyka.
Nie da się uciec przed konstatacją, że cała kariera Moby’ego w przemyśle muzycznym wygląda, jak powrót pijanego z nocnej imprezy – balansowanie od płotu do płotu, z wieloma upadkami. Nie porzucając elektronicznych korzeni swojego grania, rozpiętość gatunkowa wydawnictw nowojorczyka jest niezwykle szeroka. Wpadł przez to w wiele pułapek, tworząc pomyłki, albumy całkowicie do zapomnienia, ale też przyniosło mu to nieoczekiwane sukcesy, nieosiągalne w przypadku trzymania się utartego szlaku obranego na początku kariery. Kiedy słuchacz przyzwyczaja się już do określonego wyboru i stylu Moby’ego, ten dokonuje muzycznej wolty. Szkoda, że nie do końca udanej, choć potencjał był. Może następnym razem?

