Site icon All About Music

Miło było posłuchać – koncert Meek, Oh Why? i SOTEI. Relacja Michała Szuma

Klasyczny podział muzyki na gatunki już dawno stracił sens, a dzisiejszy słuchacz jest coraz bardziej chłonny fuzji między różnymi brzmieniami. Doskonała okazja do odczucia nowych doznań muzycznych natrafiła się niedawno w Klubie ŻAK, gdzie trójmiejska publiczność wysłuchała dwóch koncertów z kategorii „świeże”.

Pierwszy z nich dała grupa SOTEI, w skład której wchodzi duet muzyków kryjących się pod ksywkami Sobura i Teielte. Mój początkowy sceptycyzm do grupy, wynikający z dość podobnej struktury dwóch pierwszych utworów, szybko przerodził się w zaintrygowanie, a to wzrastało z każdym kolejnym utworem. Połączenie żywej perkusji i generowanego „grania” nie jest może czymś unikatowym, ale w wersji „live” zawsze robi to na mnie ogromne wrażenie. Wszak w wersji studyjnej utworów bardzo często brakuje tej otoczki złożonej z mocniej postawionych akcentów rytmicznych, które koncertowo dają kawałkom dodatkowego kopa i są świetnym wypełnieniem przestrzeni skrzętnie zagęszczanej przez dźwięki generowane z urządzeń elektronicznych. Tutaj chapeau bas dla panów, bo ów zagęszczenie nie było zbyt przesadzone (o co współcześnie nietrudno).

Z kolei wspomniane wyżej dźwięki były przeróżne, a składały się na nie elementy takie jak partie wokalne, wszelkie instrumenty czy całe sample piosenek. Pod tym względem podział obowiązków był dość nieproporcjonalny, bo kręcenie gałeczkami i klikanie w monitor Teielte’a nijak miało się do wylewającego siódme poty Sobury, dzielnie bijącego każdy kolejny utwór. Należy jednak pamiętać, że w studiu te proporcje się zmieniają i muzyka sama się nie tworzy – tu zapewne więcej do powiedzenia ma Teielte. Abstrahując jednak od wszelkich podziałów logistyczno-muzycznych, należy docenić ciekawe show stworzone przez SOTEI, bo jego składową była nie tylko muzyka, ale również sposób ekspresji, mowa ciała i efekty świetlne. Tak zsumowana całość dała naprawdę ciekawy efekt finalny.

Drugi w kolejności zaprezentował się Meek, Oh Why?, czyli właściwie zespół pięciu muzyków grających coś, co szerokim łukiem bierze gatunek zwany rapem. Ciężko to w jakikolwiek słuszny sposób zaklasyfikować, dlatego metafora rodem z toru żużlowego wydaje się odpowiednia do opisu zjawiska. Tych pięciu młodych panów dość szybko dało się poznać jako profesjonaliści, bo już od pierwszego numeru, Kim Ja Jestem?, weszli na najwyższe obroty. Ich styl to zdecydowanie XXI wiek, bowiem każdy z nich był w pewien sposób „podpięty” do prądu. I być może wielu w tym miejscu mogłoby uciąć wszelkie dalsze dywagacje, ale to właśnie tu zaczyna się najprzyjemniejsza część wspominek.

Pomimo swojego umiłowania do rzeczy plugged, nie próbowali oni na siłę przepychać chamsko brzmiących organków czy lekko przy tłustych beatów, lecz wszystko to miało ręce, nogi, tułów i głowę (o której nieco później). Ma to swoje uzasadnienie, bo materiał grany w trakcie piątkowego występu w całości pochodził z płyty Miło Było Poznać, która odznacza się wspomnianymi wyżej cechami. Oczywiście można by się pokusić o próbę przearanżowania albumu na stylistykę bardziej ukierunkowaną, ale po co psuć coś, co jest dobre? Widocznie chłopakom gra w duszy taka nuta, stąd jak najbardziej zrozumiałą wydaje się koncepcja grania niemal 1:1.

Jako, że wyraz „rap” padł już w tym tekście, słów parę o samym rapie (czy przywołując terminologię anatomiczną – głowie). A za ten odpowiedzialny jest Mikołaj Kubicki, czyli „frontman” kolektywu, który z jednej strony dał się poznać jako człowiek charyzmatyczny, a z drugiej – nieco nieśmiały. To pierwsze objawiło się w elementach takich jak choreografia, precyzja rapowania czy kapitalny freestyle w przerwie między piosenkami (ojjj chłopie – w tamtym momencie pozjadałeś). Natomiast obraz chłopca nieco zagubionego pośród swych zabawek wyłaniał się, kiedy tylko muzyka cichła – czy to w monologu między utworami, czy to tuż przed nimi, gdy następowało skupienie. W każdym innym przypadku bił od niego wielki profesjonalizm, co zresztą było domeną całej piątki. Reszta jest tylko kwestią nabierania doświadczeń wraz z każdym kolejnym występem.

Exit mobile version