Jest rok 1985. Miles Davis kończy swoją przygodę z Columbia Records i przenosi się do Warner Bros, czym szokuje ówczesną scenę jazzową. Pierwsza sesja nagraniowa pod nowym szyldem zwiastuje drastyczną zmianę w stylu, no i nie da się ukryć, że na tle dyskografii muzyka, Rubberband jest bardzo wyjątkowe. Dlaczego więc album został wydany dopiero po niemal 35 latach od tamtej sesji?
Początek i koniec.
Pierwotnie, krążek miał ukazać się jeszcze tego samego roku, jednak ostatecznie Davis swoje skupienie przeniósł na inny projekt – legendarne Tutu – i zwyczajnie schowano jego starszego brata do szuflady. Lecz co się odwlecze, to nie uciecze – tym razem czujni okazali się dwaj producenci odpowiedzialni za projekt Rubberband w latach 80: Randy Hall i Attana Zane Gilles. Do duetu dołączył także Vince Wilburn Jr, prywatnie siostrzeniec Davisa, a ponadto perkusista podczas pierwszej sesji, i to właśnie oni postanowili dokończyć swoje współdzieło.
Do wesołej paczki dołączyły ponadto takie osobistości jak Ledisi czy Lalah Hathaway, które wniosły na płytę nieco świeżej krwi, zachowując przy tym jej pierwotny wydźwięk. A ten, trzeba sobie uczciwie przyznać, momentami bardzo wymyka się spod kontroli, gdyż inspiracji możemy szukać zarówno w funku, jak i w soulu, ale również R’n’B czy muzyce elektronicznej oraz pop. Tak wielkie spektrum, w połączeniu z milesową trąbką i klawiszami, już bez usłyszenia jakiejkolwiek nutki brzmią kusząco!
Pierwsze dźwięki pierwszej piosenki – Rubberband of Life – zdecydowanie nie są typowymi jazzowymi akordami: tu na czoło wychodzi perkusja, jednak nie smukła i zwinna, a raczej soulowa, nieco ospała, przypominająca styl znany z twórczości Andersona .Paaka. Zamiast miękkiej nawijki amerykańskiego rapera, otrzymujemy jednak wokal wspomnianej wcześniej Ledisi, która swoimi partiami uszlachetnia nagranie, wchodząc niejako w dialog z trąbką. Z jednej strony, stara się ją niejednokrotnie zagłuszyć, aby za chwilę rozpocząć flirt godny Marilyn Monroe.
Kiedy już zorientujemy się, że minęło 5 minut i 44 sekundy płyty, przyjdzie pora na utwór numer dwa – i tutaj kolejne skojarzenie muzyczne samo nasuwa się na myśl. Kto też pomyślał w tym momencie o Michaelu Jacksonie, temu zbijam mentalną piątkę, a jest to o tyle ciekawe, że drugi utwór nosi nazwę This Is It. To właśnie jeden z tych momentów, dzięki którym na samym początku wrzuciłem album do szufladki z napisem „pop” – a przynajmniej częściowo. Wracając do utworu, jest on nieszablonowy w swojej budowie, dzięki czemu nie traci na wartości przez cały czas trwania.
A skoro już mowa o popowych klimatach, warto wspomnieć dwie inne pozycje, mianowicie Give It Up i Maze. Tutaj również energia wręcz bucha spot kotłów – dosłownie i w przenośni – ponieważ warstwa rytmiczna jest w nich bogata niczym stół w Boże Narodzenie. Perkusja pięknie wystukuje żwawy rytm, a brzdąkający bas w stylu wah-wah sprawia, że do 12 potraw dorzucamy funk i tworzymy mieszankę idealną. Całość dopełniona przez trąbkę i niewinne wstawki elektroniczne – pięknie zagrane i pięknie opakowane!
Czymś zupełnie wykręconym i oderwanym w tym i tak już oderwanym albumie jest natomiast piosenka Paradise. Latynoskie rytmy, za którymi stoją stalowe bębny i kilka strun, od samego początku kuszą ciało do tańca, a gdy ono wreszcie ulega presji płynącej ze strony głośników, do gry wchodzi Medina Johnson ze swoim kojącym wokalem. Całość brzmi bardzo wakacyjnie, co stoi niejako w kontrze do charakteru projektu Rubberband – kojarzącego się raczej z końcem lata.
Tak właśnie podsumowałbym ten krążek: muzyka końca lata. A dokładnie 34 lat, które upłynęły zanim ten krążek ujrzał światło wrześniowego, zachodzącego słońca roku 2019. Następne wakacje już za rok, a do tego czasu na pewno nieraz będę wracał do tej płyty, która będzie dla mnie przedłużeniem lata jeszcze przez parę miesięcy. Przedłużeniem, które brzmi świeżo za każdym razem, kiedy naciskam „play” i rozkoszuję się każdą nutką.

