Większość słuchaczy będących na bieżąco z najnowszymi mainstreamowymi utworami głos tego trzydziestolatka z pewnością już zna. Pora jednak poznać również jego imię: John Stephen Sudduth ukrywający się pod pseudonimem Mikky Ekko staje w pełnym świetle reflektorów ze swoim debiutanckim krążkiem zatytułowanym Time. Płytą, której słuchacze wyczekiwali już od ponad dwóch lat. Muzyk ostatnio udowodnił nam jednak singlowymi kompozycjami, że warto było na niego czekać. Czy całość prezentuje się równie obiecująca?
Wokalista urodzony w stanie Louisiana po sukcesie jaki odniósł z hitem Stay, gdzie dumnie towarzyszył samej Rihannie z pomocą swojej wytwórni, próbował kuć żelazo póki gorące. Tego samego lata w sieci zadebiutowało oficjalne nagranie Pull Me Down, a później było już tylko lepiej: wspólne kompozycje z Attive Child, pokazujące nieco bardziej elektroniczne oblicze Mikky’ego (Subtle); kawałek z French Montaną (Trouble), Chrisem Malinthak (Stranger), Davidem Guettą (One Voice). Jego solowe numery z kolei wykorzystano w takich obrazach jak True Blood, Grey’s Anatomy, Homeland czy Igrzyska Śmierci, a Christina Aguilera zgodziła się na zaśpiewanie We Remain (z soundtracku ostatniego z nich), którego tekst nomen omen jest autorstwa bohatera recenzji. Wszystkie te małe osiągnięcia i próby podtrzymania uwagi opinii publicznej wcale nie przyspieszyły wydania jego pierwszej płyty: wręcz przeciwnie, zainteresowani muzyką Amerykanina na premierę Time musieli czekać dosyć długo. Stąd też – jak mówi sam muzyk- tytuł owego wydawnictwa. Szesnastego dnia stycznia 2015 roku na iTunes trafiło wreszcie dwanaście piosenek, w których nie łatwo się nie zasłuchać. W pracy nad nimi brały udział takie nazwiska jak Fraser T. Smith (Adele, Sam Smith), duet producencki Stargate, Dave Sitek (TV On The Radio, Yeah Yeah Yeahs), Jim Eliot (Ellie Goulding) czy Ryan Tedder (wszyscy). Ale od początku.
Muzyczną podróż rozpoczyna radiowe, ale jednocześnie nienachalne Watch Me Rise wróżące naprawdę dobrze na dalszą część płyty. Emocjonalny wokal na tle nieszablonowej melodyki tworzy połączenie, którym nie pogardziłby żaden topowy obecnie artysta spędzający swój n-ty tydzień na szczytach list przebojów. Odwołuję się tu głównie do Hoziera, Sama Smitha i Eda Sheerana – utworom Mikky’ego niedużo brakuje, aby dołączyć do tej mocnej grupki, czego serdecznie mu życzę. Dzięki pozycji numer 2. na albumie, czyli kawałku Smile te życzenia mogą się spełnić szybciej niż możemy się tego spodziewać. Pozytywny, melodyjny, wpadający w ucho – niczym hit ubiegłego roku Pharrella Williamsa. Te trzy elementy to nie jedyne obrazujące analogie obu kawałków. Indie-rockowy podkład, prosty refren i optymistyczny tekst o niepoddawaniu się przeciwnościom losu, bo jutro może przynieść uśmiech (But the future is forgiven so smile) zaraża pozytywną energią. Love You Crazy z kolei to w pewnym sensie dowód na to, że Mikky potrafi odnaleźć się nie tylko w spokojnych balladach, świetnie brzmi również w towarzystwie syntezatorów i komputerowych efektów dźwiękowych. To jednak tylko jednorazowy wybryk, bo już dwa kolejne utwory – Time i U – przynoszą słuchaczowi sporą dawkę ukojenia i relaksu przy nieco dramatycznych partiach świetnie unoszącego się na wysublimowanych dźwiękach falsetu Amerykanina. W nieco bardziej akustycznym z tej pary (mowa o tytułowej pozycji) Mikky tworzy wyjątkowy klimat, co udowadnia drzemiący w nim pierwiastek artyzmu.
Zainteresowani najnowszym materiałem wokalisty z pewnością nie będą się przy jego odsłuchu nudzić. Prezentuje on bowiem różne muzyczne krajobrazy: Riot przecież zwróci uwagę fanów mocniejszych brzmień i gitarowych riffów, a napierający, agresywny perkusyjny rytm doskonale sprawdzi się na koncertach; Comatose pod względem brzmieniowym, emocjonalnym jak i tekstowym odwołuje się do wspomnianego na początku recenzji utworu Stay; podniosłe Made of Light czy ostatnie na trackliście Loner sprawią, że po album chociaż z czystej ciekawości sięgną fani OneRepublic, który to zespół wydaje się na kilku kawałkach z Time niezaprzeczalną inspiracją, a przy Watch Me Rise wręcz nie sposób sobie nie zadać pytania o to, czy do odtwarzacza na pewno włożyło się płytę tego debiutanta a nie starych wyjadaczy na czele z Ryanem Tedderem.
Najwyższy czas żeby o Mikky’m Ekko usłyszał… każdy. Muzyk udowodnił recenzowanym albumem, że łatka 'one-hit wonder’ do niego po prostu nie pasuje – umiejętnym połączeniem popu i rocka, ale i także alternatywy, elementów hip-hopu, bluesa, soulu, folku oraz wszechobecnego r&b podanym z wyśmienitą refleksyjną liryką i zaśpiewanym tajemniczym falsetem, Mikky już teraz zapewnił sobie miejsce w zestawieniach najlepszych debiutantów tego roku. Ostatnie miesiące należały do Sama Smitha i Hoziera, w 2015 panowie jednak będą musieli zrobić miejsce dla tego Amerykanina.
