Sześć lat temu śpiewał o pozerce, która uważała się za kogoś lepszego od piosenkarza. Słowa piosenek zawartych na debiutanckim 31 Minutes to Takeoff to nie są zwyczajne opowieści o balangach, okraszone lekkim beatem. To są historyjki z życia wzięte z gratisowym morałem. Mike Posner na swój powrót kazał czekać sporo czasu. At Night, Alone jest konsekwencją zdarzeń, które nastąpiły po premierze pierwszego longplaya.
Mike Posner dość długo milczał. Nie leniuchował, przez ten czas współtworzył między innymi Sugar Maroon 5 oraz Boyfriend Justina Biebera. To był również czas na przemyślenia, co dalej ze swoją, własną karierą. Czytając tak zwaną prasówkę na temat tego wydawnictwa można przeczytać takie zdanie: Myślę, że teraz mam w sobie dużo więcej pokory. To stwierdzenie mówi dość dużo na temat tego wydawnictwa, chociaż paradoksalnie cząstkę tego, co artysta chciał nam zaprezentować, znaliśmy dłuższy czas przed At Night, Alone – oczywiście mam na myśli EPkę The Truth, która nie zrobiła raczej szału na słuchaczach. Wszystko to dlatego, że zabrakło tego, z czego Posner był znany na początku. Do każdego utworu z 31 Minutes to Takeoff było dodane coś ekstra w postaci dobrze skrojonego sampla, mieliśmy zawsze malutką domieszkę elektroniki. Na wspomnianej EPce (a potem na najnowszym wydawnictwie artysty) otrzymujemy odmianę, której nie da się przyjąć na dzień dobry. O 'tamtym’ Mike’u Posnerze należy zapomnieć.
Powyższe stwierdzenie wcale nie oznacza, że nasz bohater zszedł na psy. Wręcz przeciwnie: jest tylko on i fortepian, lecz zdarzają się momenty, gdzie słyszymy dodatkowe instrumenty lub po prostu nie ma ich wcale (Only God Knows – cały utwór acapella, z chórem gospel). Patrząc na listę osób mających co nieco wspólnego z procesem tworzenia krążka, a konkretniej na nazwisko Martina Terefe (James Morrison, Jason Mraz) zawartość albumu nie powinna mnie dziwić, chociaż jednak tak jest. Wszystko to wraz ze szczerymi tekstami, których Posner jest autorem. I to właśnie tutaj można doszukiwać się znaczenia tytułu całego wydawnictwa.
Puścili moją piosenkę w radio
I wszystko się zaczęło zmieniać, więc
Myślałem, że jestem już całkiem dorosły
Ale wciąż pamiętam ten zimny listopad
Gdy zdałem sobie sprawę, że jestem całkiem sam – Be As You Are
Szał na nowość od Posnera zaczął się jednak dopiero, gdy ktoś go zremixował. Podobnie rzecz działa się przecież z Tove Lo po Habits (Stay High) czy Lykke Li z I Follow Rivers – oryginałów tych piosenek podobnie jak numeru I Took A Pill In Ibiza nikt nie słyszał (właściwie oryginał w slow motion, w którym śpiewa że wziął prochy na Ibizie i chciał zaimponować Avicii’emu – no aż się prosi o szybsze tempo!). To właśnie remixy są dobrym narzędziem promocyjnym, lecz w wypadku Posnera nie rozumiem jednej rzeczy: dlaczego inne wersje jego utworów zajmują aż jedną trzecią jego najnowszego wydawnictwa? Czyżby było to zabezpieczenie przed tym, że żadna z lirycznych propozycji artysty nikomu się nie spodoba? Ukłon dla starszych stażem fanów, którzy wspominają debiut, mixtape oraz inne dokonania wokalisty i songwritera? Można jedynie gdybać. Nie umniejsza to jednak faktu, że są to znakomite przeróbki. Ba, wypadałoby w tym miejscu zasugerować, by pomyślano o tym, żeby remixy wydać na osobnym krążku. Tylko wtedy nie ma przysłowiowej marchewki, czyli przeróbki I Took A Pill In Ibiza, dzięki któremu przez kilka tygodni pojawił się na szczycie UK Charts i został zauważony także na liście Billboardowej.
Mi również nie przypadły do gustu utwory z EPki, z wyjątkiem jednego. Buried in Detroit. Wspomina młodzieńczą głupotę z niesamowitym dystansem do siebie, jednocześnie sprawiając wrażenie, że przez tą opowiastkę chce przestrzec innych, by nie popełniali jego błędów.
You know I ain’t gon’ live forever
Baby it won’t be long
At the wake they’ll say “He made a lot of mistakes
But he could write hell of a song” – Buried in Detroit
Najbardziej przełomowa, ale zapewne niezauważalna perełka krążka? Silence, czyli duet z Labrithem. Numer zaczyna się z dużą dozą niepokoju, lecz Mike coraz głośniej zaczyna szeptać, by w punkcie kulminacyjnym śpiewać falsetem, a perkusja, bas i fortepian miały co nieco do powiedzenia. To wszystko w sumie wychodzi brawurowo, jednak mam wrażenie, że utwór jest za krótki. Zdecydowanie za krótki. Swoim urokiem i pozorną prostotą zachwyca również następny kawałek, czyli po prostu Iris. Składniowo jest podobny do utworów znajdujących się na EPce The Truth. Słucha się go dość przyjemnie, równie dobrze jak utwory Taylor Swift we wczesnej fazie jej kariery. Zapomniałam jeszcze o bardzo ambitnie brzmiącym In The Arms Of A Stranger. Mógłby być kolejnym numerem od Jamesa Morrisona (zastanawiam się nawet, czy to on nie był pierwotnym adresatem tej stworzonej przez artystę kompozycji), lecz interpretacja Posnera, mimo że chwilami niezdarna, ogólnie wychodzi na plus.
Posner na debiucie pozwolił sobie na eksperymenty brzmieniowe. Tutaj również ich nie brakuje, lecz warto podkreślić – artysta poszedł w zupełnie inną stronę. Mamy gospelowe Only God Knows, które brzmi dość magicznie, indie rockowe Jade i trochę krążące w klimaty country One Hell Of A Song. To nic złego, lecz dawni fani Posnera muszą od nowa pokochać jego muzykę. O ponowną sympatię zawsze jest trudno, lecz wierzę, że profesjonalizm, a przede wszystkim pomysł na siebie przekona niedowiarków, że Mike Posner ma jeszcze bardzo dużo do zaoferowania – jako kompozytor, bezkompromisowy tekściarz, a przede wszystkim artysta. Ja nie mam wątpliwości, że mimo kilku niedoskonałości (zawartość tej nieszczęsnej EPki – mają klimat do którego jakoś nie potrafię się przekonać), że jest to bardzo dobra płyta i na dzień dzisiejszy przebija jego debiutancki krążek. Właśnie takiego Posnera chciałabym słuchać w przyszłości – nie bojącego się nowych wyzwań i stawiającego sobie wysoko poprzeczkę. Odwagi!

