Site icon All About Music

Mighty Oaks – Howl (2014), recenzja Marty Mrowiec

Amerykanin, Anglik i Włoch tworzący muzykę w Berlinie. Z takiej mieszanki powstał debiutancki album grupy Mighty Oaks, który jest połączeniem wysmakowanych melodii indie, folku i popu w bardzo akustycznych aranżacjach. Całość bardzo przyjemna i utrzymana na wysokim poziomie.

Album ten zauroczył mnie od pierwszego do ostatniego dźwięku. Bije od niego niezwykła delikatność i subtelność w tworzeniu i składaniu ze sobą każdego pojedynczego dźwięku. Urzeka prostota oraz hermetyczność krążka. Panowie swoimi wokalami oraz bardzo akustycznymi kompozycjami zabierają nas w zupełnie inny świat, który jest nieco oderwany od rzeczywistości. Mimo, że nie ma na tym albumie nic innowacyjnego to jest on dopracowany i słucha się go jednym tchem, automatycznie sięgając po replay. To propozycja, która pozwala nam się odprężyć i odpocząć od całego głośnego świata. Idealnie pasuje na wiosenne wieczory.

Album otwiera singlowe Brother. Kompozycja rozpoczynająca się bardzo spokojnie i delikatnie rozwijając się w refrenie. Przy tym  bardzo rytmiczna dzięki czemu wpada w ucho. W Seven Days z kolei bardziej wyeksponowany został wokal, który opiera się na pojedynczych dźwiękach gitary. Back to You ujmuje dźwiękami pianina oraz ciekawymi chórkami, które nadają mu bardziej wesoły klimat. Wszystkie kompozycje są bardzo akustyczne i minimalistyczne. Nieco leniwe, jednak bardzo melodyjne. When I Dream, I See to kolejny z utworów oparty wyłącznie na gitarze i z bardziej dramatycznym wokalem. Kompozycja sama w sobie jest bardzo przejmująca.

Dojrzałe wokale głównie oparte są na dźwiękach gitary. Gdzieniegdzie muskane są one pojedynczymi dźwiękami tamburyna. Wszystko od początku do końca ze sobą współgra. Artyści dobrze modulują głos, miejscami jest on bardzo delikatny, by za chwilę pokazać swoją wyrazistość, jak chociażby w The Golden Road.

Większość kompozycji, które Migty Oaks zamieścili na albumie są niezwykłe, intrygujące i bardzo skutecznie przyciągające uwagę. Duża część materiału trzyma się wyłącznie grania akustycznego, bardzo melodyjnego, przepełnionego optymistycznymi, pełnymi życia i po prostu radosnymi wokalami. Na albumie nie brakuje też grania bardziej melancholijnego (When I Dream, I See, Shells, You Saved My Soul). Bardziej spokojne i delikatne kawałki przełamywane są rześkimi i witalnymi kompozycjami, jak chociażby Horse, Back to you czy wspomniane wcześniej The Golden Road.

Warstwa liryczna albumu jest pełna naturalizmu, co jest typowym elementem dla tego gatunku. I tak na przykład otwierający całość singiel opowiada o przyjaźni, a  Seven Days to piosenka o podróży do ukochanej osoby. Generalnie teksty są na przyzwoitym poziomie. Nie ma w nich jednak nic zaskakującego.

Na tym albumie nic nie jest przekombinowane. Wszystko jest dobrze zbilansowane, a tam gdzie trzeba spokojna i melancholijna nuta przełamana jest trochę mocniejszymi dźwiękami. Dzięki czemu krążek nie zlewa się w jedną, monotonną całość. Słychać tutaj łączenie amerykańskich trendów z tymi panującymi w Europie. Na szczęście trio poszło w akustyczne granie. Nie mamy tutaj elektroniki, żadnych „upiększaczy”, głównie gitara akustyczna, momentami slide, lekki bas i subtelna perkusja.  Folkowego charakter dodaje banjo, mandolina, akordeon, czy wychwytywany gdzieś tam w tle flet i pianino. Idealne połączenia instrumentów, które podkreślają wokale całej trójki.

Muszę przyznać, że całkowicie zauroczył mnie ten krążek i z niecierpliwością będę czekać na ich kolejny, mam nadzieję, równie świetny album. Jeżeli szukacie lekkiej, ale dopracowanej płyty to Howl nadaje się do tego idealnie. Panowie czarują swoją muzyką.

Exit mobile version