Site icon All About Music

Michelle Williams – Journey to Freedom (2014), recenzja Zuzanny Janickiej

Michelle Williams swoją wokalną karierę rozpoczęła od śpiewania w chórkach w jednym z najpopularniejszych girlsbandów w historii muzyki – Destiny’s Child. Pełnoprawną członkinią grupy stała się po odejściu LaTavi Roberson i LeToy’i Luckett. Z otwartymi ramionami przyjęły ją Beyoncé i Kelly Rowland, wraz z którymi nagrała dwie płyty, Survivor i pożegnalne Destiny Fulfilled.

Jednak nawet wtedy wciąż pozostawała w cieniu swoich koleżanek. Być może to spowodowało, że tak szybko postanowiła zacząć działać pod własnym nazwiskiem. W 2002 roku wydała swój solowy album Heart to Yours, wyprzedzając tym samym Kelly i Beyoncé, których indywidualne płyty ukazały się dopiero kilka miesięcy później. Pośpiech jednak nie uczynił z Michelle pierwszoligowej wokalistki.

Pierwsze dwa krążki Williams, Herat to Yours i Do You Know, były w dużej mierze rozwinięciem tego, co artystka robiła wraz z Destiny’s Child. Pojawiało się sporo rhythm’and’bluesowych brzmień i pościelowych ballad. Mniej było jednak efekciarstwa, które znamy z takich przebojów tria jak Survivor czy Bootylicious, i które sprawiało, że piosenki te dobrze odnajdowały się w radiowych playlistach pod różną szerokością geograficzną. Taneczne rytmy Michelle zamieniła na gospelowe inspiracje, a na kolejnej płycie – Unexpected – na electropopowe melodie. Odwołując się do tytułu tego krążka – nie spodziewałam się po niej takich piosenek. W 2008, kiedy takie brzmienie dopiero zaczynało zdobywać popularność, Michelle miała szansę na stworzenie czegoś interesującego. Niestety, jej utwory to małe koszmarki. Na kolejny album czekaliśmy aż sześć lat. Czy Williams wyciągnęła jakieś wnioski po klapie Unexpected?

Na swoją czwartą płytę, zatytułowaną wzniośle Journey to Freedom, wokalistka przygotowała dwanaście kompozycji. W studiu wspierana była przez Harmony’ego Samuelsa, który w ostatnim czasie pomagał m.in. Fantasii przy Side Effects of You i Arianie Grande przy Yours Truly. Zapewnić więc miał Michelle udany powrót do show biznesu, który bardzo zmienił się w ciągu ostatnich lat. W swoją muzyczną podróż do tytułowej wolności Williams wyruszyła z pustą walizką, w której zaczęła gromadzić nowe pomysły i koncepcje. W efekcie jej piosenki przeszły małą metamorfozę. Mniej w nich wpływów gospel, więcej nowoczesnych brzmień. Trochę r&b, trochę soulu. Sporo popu, ale i elektronicznych wstawek.

Michelle zaskoczyła mnie sporą ilością featuringów. W otwierającym album przyjemnym nagraniu Need Your Help, podszytym delikatnymi tanecznymi melodiami, pojawia się wokalista r&b Eric Dawkins. Łączące gospel, hip hop i mainstreamowe r&b Fall jest udaną kolaboracją Williams z Lecraem i Tye’m Tribbettem. Nie dość niezbyt znanych nazwisk? To proponuję jeszcze Just Like You – popowy, radiowy numer z hip hopową wstawką Chiefa Wakila.

Do współpracy Michelle zaprosiła nie tylko facetów, ale i nagrała co nieco z kobietami. W eleganckim, kobiecym If We Had Your Eyes wspierana jest przez Fantasię. Wokale obu artystek nieźle się razem komponują. Sporo zamieszania wywołała piosenka Say Yes. Jest ona trzecią, w ostatnim czasie, kompozycją mająca przypominać nam o Destiny’s Child. Pojawiają się w niej bowiem Beyoncé i Kelly Rowland. Niestety, mimo mojej sympatii do muzyki girlsbandu, kawałek ten niezmiernie mnie irytuje. Wszystkiego tu za dużo: elektronicznych wstawki połączono z muzyką gospel, afrykańskimi wpływami i popowo-rhythm’and’bluesowymi rytmami.

Michelle chyba bardzo chce, byśmy powiedzieli jej nowej płycie głośne tak. Umieściła bowiem na Joruney to Freedom piosenkę Yes. Jest to najbardziej komercyjny utwór na krążku i myślę, że mógłby stać się singlem. Jednak przykro się robi na myśl, jak Williams dała sobie zmiksować swój ładny, dziewczęcy wokal, ukrywając go momentami pod warstwą auto tune. Słuchając Yes i Say Yes mam ochotę zanucić raczej jedną z pierwszych piosenek Destiny’s Child – No No No.

A jak Michelle wypada solo? Do gustu przypadło mi rhythm’and’bluesowo-synth popowe nagranie Everything, przebojowy singiel Fire z chwytliwym refrenem oraz soulowe Beautiful. Posłuchać da się również takich piosenek jak Free, balladowego Believe in Me czy popowego, ale trochę za bardzo momentami wykrzyczanego In the Morning.

Płytą Journey to Freedom Michelle udało się choć trochę zmazać moje słabe wrażenie po albumie Unexpected. Wciąż jednak Williams nie powróciła do formy sprzed dziesięciu lat. I, szczerze mówiąc, nie wróżę jej tego. Nowym krążkiem aż za bardzo chciała powiedzieć patrzcie, wiem, co w trawie piszczy. Marzy mi się, by na kolejnej płycie, zamiast oglądać się na to, co robią inne wokalistki, powróciła do czysto rhythm’and’bluesowych brzmień. Bo na razie ponownie wylądowała na drugim planie, nie dorównując Kelly Rowland i Beyoncé, których ostatnie albumy pochłania się z przyjemnością.

Exit mobile version