Site icon All About Music

Męskie Granie 2018 podbiło Wrocław. Relacja Aleksandry Żeleźnik

Fot. LIVE / Michał Murawski
Fot. LIVE / Michał Murawski

Trzeci koncert na tegorocznej trasie Męskiego Grania już za nami. Tym razem orkiestra zawitała do Wrocławia. I podbiła jego serce. Było magicznie, sentymentalnie, wzruszająco. Nie zabrakło także kilku niespodzianek!

Scena główna

Nie da się krótko streścić tego, co działo się w sobotę na scenie głównej koncertu Męskie Granie. Spróbuję, lecz łatwo nie będzie. A to dlatego, że działo się wiele. Był ogrom niespodzianek, tyle samo wzruszeń, a muzyka wypływała z każdego centymetra placu Pergola. Wszystko zaczęło się o godz. 17, kiedy to na scenę wyszedł zespół L.Stadt. Jak to zwykle na tego typu imprezach bywa, publiczność dopiero powoli zaczęła się pojawiać. Nie przeszkadzało to grupie w daniu niesamowicie klimatycznego koncertu. Później przyszedł czas na The Dumplings, którzy zawitali do Wrocławia wraz z orkiestrą. Tym samym mieliśmy okazje do posłuchania m.in. Kocham Być z Tobą, Nie gotujemy czy Ach Nie Mnie Jednej w ciekawych aranżacjach. Grupa także przygotowała niespodziankę. Na scenę zaprosili Skubasa. Artyści razem wykonali piosenkę Kto Zobaczy.

Fot. LIVE / Damian Kramski

Przyszedł czas na Natalię Przybysz, która swój występ rozpoczęła od Światła Nocnego. Nie zabrakło takich hitów jak Miód, Nazywam się Niebo, Czarny czy Nic Osobistego. W pewnym momencie artystka zaprosiła na scenę… swoich rodziców! Razem zaśpiewali kompozycję Dzieci Malarzy. Co warto dodać, nie byli oni jedynymi gośćmi w czasie tego występu. Na scenie pojawił się również Wojciech Waglewski. Klasa sama w sobie.

Następnie do akcji wkroczył zespół Lao Che. Gościnnie dzielili scenę z Krzysztofem Zalewskim, który wykonał utwór Wojenka. Boże, co to był za wykon! Mistrzostwo! Kolejno sceną zawładnął również Kazik z zespołem Kult. W tych dwóch przypadkach nie ma się co rozpisywać. To był zaszczyt uczestniczyć w ich koncertach.

Fot. LIVE / Damian Kramski

Przed wielkim finałem na scenę wkroczył Dawid Podsiadło. Oprócz swoich największych piosenek tj. Trójkąty i Kwadraty, Pastempomat, W dobrą stronę czy Małomiasteczkowy wykonał cover piosenki Bóg autorstwa grupy T.Love. Publiczność nie mogła wyjść z zachwytu nad talentem Dawida.

Scena Ż

Na Męskim Graniu nie ma supportów – to zdanie we Wrocławiu było wielokrotnie powtarzane. Jest za to Scena Ż, na której grają debiutanci. Są to minikoncerty, około 20-minutowy przerywnik między wydarzeniami na scenie głównej. Tym razem swój repertuar zaprezentował młodziutki zespół Sonbird, który porwał zebraną publiczność. Ku mojej uciesze nie zabrakło kompozycji Hel – notabene na żywo brzmi cudownie (!). Później przyszedł czas na projekt BARANOVSKi, który zagrał set nie pomijając swoich szlagowych kompozycji Dym oraz Hey. Projekt Muchy oczarował publiczność, a Nixes, czyli Ania Rusowicz i spółka podgrzali atmosferę przed finałowym koncertem na scenie głównej.

„Jak jest Kortez?” – Miło.

Główny koncert, na który wszyscy czekali z dużą dozą ekscytacji rozpoczął się punktualnie o 23:35. Na scenie pojawili się muzycy, a wśród nich trójka wspaniałych, którzy w tym roku promują całą trasę. Kortez, Krzysztof Zalewski oraz Dawid Podsiadło. Swój wspólny koncert rozpoczęli piosenką Początek. Publiczność szalała. Nie da się tego inaczej nazwać. Później cała orkiestra grała piosenki różnorodne – gatunkowo i stylistycznie. Każdy z Panów sięgnął po repertuar najbardziej do niego pasujący. I tym sposobem, we Wrocławiu, mieliśmy okazję posłuchać m.in. niesamowitego wykonania Chłopców od Myslovitz, energetycznego i mocnego w przekazie Sorry Polsko od Marii Peszek, czy sentymentalnego Peronu od Jamala. Nie zabrakło także Grandy Moniki Brodki, czy Keskese od Kasi Nosowskiej. Szczególną uwagę chciałam zwrócić na cover piosenki Ostatni Edyty Bartosiewicz – tym razem w wykonaniu Korteza. Magia, czysta magia… Z drugiej strony zachwycił mnie Dawid, który bezpretensjonalnie rapował nutę Co tak wyje, oryginalnie wykonywaną przez duet Łona i Webber. Coś niesamowitego!

Podczas finałowego koncertu na scenę zaproszono dwóch gości. Kazika, który wykonał kompozycję Andrzej Gołota. Drugim był Tomasz Budzyński, wokalista zespołu Armia, który razem z orkiestrą zaprezentował kawałek Niezwyciężony.

By tradycji stało się zadość koncert finałowy zakończono piosenką promującą całą tegoroczną trasę.

Fot. LIVE / Damian Kramski

Czarna Madonno, weź mnie w ramiona…

W sobotni poranek dotarła do nas wszystkich bardzo smutna wiadomość o śmierci jednej z najwybitniejszych piosenkarek polskiej sceny muzycznej. Dlatego też, w tak tragicznym dniu nie mogło zabraknąć pewnego rodzaju hołdu złożonego tej niesamowitej osobistości. Pseudonim Kora był we Wrocławiu odmieniany przez wszystkie przypadki. Organizatorzy zadbali o to, aby godnie uczcić założycielkę Maanamu. Na samym początku Natalia Przybysz zadedykowała swój koncert Korze. Między występami Piotr Stelmach zapowiedział krótkie video, będące jednocześnie przypomnieniem niesamowitej persony Kory. Z kolei podczas występu orkiestry Męskiego Grania została wykonana piosenka Szare Miraże, w której prym wiódł Krzysztof Zalewski. To dynamiczne, pełne energii wykonanie spotkało się z ogromnym uznaniem publiczności.

Ostatni sposób w jaki uczczono Korę było wyemitowanie na głównym ekranie, zaraz po zakończeniu finałowego koncertu, teledysku do utworu Czarna Madonna autorstwa grupy Organek. Cisza jaka wtedy zapanowała była obezwładniająca. Klip, który ukazał się rok temu nabrał takiego ogromnego znaczenia… trudno było dojść do siebie po czymś takim. Piękne i mocne zarazem zakończenie MG2018 we Wrocławiu. Nie da się o nim zapomnieć.

Exit mobile version