Site icon All About Music

Portal donikąd. Melanie Martinez – Portals, 2023 (recenzja)

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie! To tylko Melanie Martinez oraz jej zupełnie nowa inkarnacja, dosłownie. Oto pozaziemska istota elficko-wróźkowa, której światem są nuty trzeciego studyjnego albumu Martinez zatytułowanego Portals. Co się kryje za tym niecodziennym alter ego? Doprawdy wiele, choć nie jestem pewien czy na jego korzyść.

Melanie Martinez darzę ogromnym szacunkiem, ale i równie dużą sympatią – spokojnie mogę określić się jako fan jej twórczości. Crybaby, a tym bardziej K-12, należą w moim mniemaniu do współczesnych klasyków, które pokazały, że można tworzyć coś alternatywnego w sferze popu, jednocześnie odnosząc komercyjny sukces. Jednak zdaje się to być zamkniętym rozdziałem dla samej Martinez, co w sumie jest całkiem zrozumiałe. Nie można w końcu tkwić w tej samej artystycznej personie przez całą swoją karierę, prawda? Dlatego podchodząc do recenzji Portals doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie będzie to dzieło szczególnie dla mnie. Liczyłem jednak, że chociaż jakość tego albumu będzie taka, jak zwykle…

Odnoszę wrażenie, że Portals nie powstał z myślą o fanach i publiczności, wręcz przeciwnie, Melanie Martinez intencjonalnie stworzyła go przede wszystkim dla siebie samej. To oczywiste, że nie ma w tym nic złego. Co jednak w sytuacji, gdy chęć oderwania się od swojego wizerunku prowadzi do pozbawienia uniwersalności swoich nowych kompozycji? W głównej mierze Portals to zbiór przemyśleń jego autorki o dojrzewaniu w świetle reflektorów, postmodernistycznej rzeczywistości, ale przede wszystkim swojej kobiecości. Martinez nie jest już tą dziewczyneczką, która ubiera ekstrawaganckie kreacje i ma dziwne tatuaże. Stała się kobietą, której sława raczej przeszkadza, a w jej blasku musi radzić sobie ze swoją płciowością oraz jej naturalnymi następstwami. Tym sposobem Melanie uczyniła się tą różową istotą, żeby dobitnie oddzielić swoją sceniczną personę od życia prywatnego. Ruch godny pochwały i eksplorowania powodów jego wykonania, niemniej w obliczu całej reszty wydaje się daniem głównym, zamiast jednym z wielu dań tej muzycznej uczty.

Choć Portals to ostatnia część trylogii związanej z postacią Crybaby, niestety nie potrafię nazwać go zakończeniem epickim. Niezależnie od jakiej strony chciałbym opisać ten album, za każdym razem przychodzą mi na język te same słowa – „czegoś mi tu brakuje”. Nawet pomimo wielokrotnego osłuchania się z nim i zrozumienia pewnych artystycznych decyzji, czuję się po prostu zawiedziony. Melanie Martinez stanęła w rozkroku miedzy swoim unikatowym spojrzeniem na electro pop, a czymś co nazwałbym mariażem punk popu à la Avril Lavigne i melancholijnego rocka à la Lana Del Rey. Jasne, to mogłoby się udać, tyle, że Martinez chyba nie chciała robić kolejnego prostego i przyjemnego dla ucha albumu.

Portals absolutnie nie próbuje ukrywać trudnych treści za mniej lub bardziej radosnymi melodiami. Martinez wprost mówi jak jest – kiedy jest jej smutno, melodia również będzie smutna, kiedy jest trochę lepiej, melodia będzie temu wtórować. Nie dziwie się zatem fanom Melanie, którzy dość szybko podzielili się dwa skrajne obozy, gdzie ten pierwszy określa album jako dzieło absolutne, oraz drugi, który tej opinii nie podziela. Tak, to nie jest album dla mnie, jednak chciałbym, żeby chociaż jego słuchanie sprawiało mi przyjemność, a również i to nie było wcale łatwe.

Produkcja Portals nie dorasta do pięt poprzednim dziełom Martinez, co w zasadzie jest dla mnie najbardziej rozczarowującym aspektem tego albumu. Nie dość, że brakuje niektórym piosenkom energii czy jakiś małych smaczków, tak większość z nich brzmi jakby została nagrywana pośród bliżej nieokreślonej mgły. Tyczy się to przede wszystkim tych piosenek, których głównym motywem jest gitara. Również głos samej Melanie miejscami bywa tak przetworzony, ze trudno mi powiedzieć, czy to kwestia lenistwa i nieczystości głosu w surowych nagraniach, czy przesada w nałożonych efektach. Nie jestem wstanie powiedzieć co się stało, ale nie działa to na korzyść tego, co by nie mówić, ciekawego krążka. Do gruntownej zmiany są piosenki Evil, Light Shower oraz Battle Of The Larynx, których naprawdę przykro mi było słuchać, znając dotychczasowe piosenki Melanie Martinez.

Choć bez szczególnego entuzjazmu, powiem o tym, co mi się spodobało w związku z tym albumem. Uwielbiam singlowy Death – idealnie rozpoczęcie całego Portals, zdecydowanie umiejętnie bawiąc się rockowym brzmieniem, nie odżegnując się od tego, co Melanie wychodziło do tej pory najlepiej. Ciekawym zdaje się również Nymphology, przywodząc na myśl twórczość MM z czasów Crybaby, z kolejnym eksperymentem na zakończenie. W podobnym klimacie utrzymany jest Spider Web, opowiadając o jak nie warto spędzać swojego czasu w sieci internetowych rozpraszaczy. Leeches natomiast jest niemalże rozpaczliwą pieśnią o tym, jak ludzie potrafią siebie nawzajem wykorzystywać. Nie jestem pewien o czym jest The Contortionist, ale fajnie wykorzystuje efekt łamanych kości jako element refrenu – tak dla poprawy humoru.

Portals to tyle same dobroci, co przeciętności i nieudanych eksperymentów. Nie wątpię w talent Melanie Martinez jednak tym razem muszę powiedzieć, że nie wszystko się udało, a nawet udało się mniej, jak więcej. Mimo to z wypiekami na twarzy obejrzę towarzyszący albumowi film, który ma mieć premierę w przyszłym roku. Może do tego czasu i dla mnie Portals stanie się wyjątkowym muzycznym doświadczeniem. Kto wie…

Exit mobile version