Site icon All About Music

Maxwell – blackSUMMERS’night (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Stworzenie dobrej płyty r&b obecnie nie należy do łatwych zadań, gdyż ile można jeszcze wymyślić innych melodii czy beatu. Jednak twórczość Maxwella ma to do siebie, że potrafi zaskoczyć z każdą płytą. Ta sztuka częściowo udała się również podczas tworzenia blackSUMMERS’night. Na poprzednika najnowszego krążka fani musieli czekać 8 lat. Nie inaczej sprawa ma się teraz, gdyż blackSUMMERS’night ukazało się 7 lat po ostatnim longplayu Maxwella. Jeśli tak dalej pójdzie kolejnej płyty doczekamy się z okazji 50 urodzin artysty. Podstawowe pytanie brzmi jednak – czy warto było tyle czekać?

Piąty w karierze krążek Amerykanina odznacza się przede wszystkim bardzo przyjemnymi dla ucha harmoniami. Wszystko za sprawą użycia przez artystę instrumentów dętych, a mianowicie trąbki i saksofonu. Brzmienie tych instrumentów wzbogaca prostotę utworów. Wystarczy posłuchać III czy All the Ways Love Can Feel, w których są idealnym otoczeniem dla głównej linii melodycznej znajdującej się w tle.

https://www.youtube.com/watch?v=IB9_ORhFoYU

Niezwykle istotna w obrazie całej płyty jest perkusja, za którą odpowiada aż 5 instrumentalistów. Są nimi: Mark Colenburg, Hod David, Darryl „Lil Man” Howell, Jermaine Parrish oraz Travis Sayles. W utworach takich jak Fingers Crossed i Hostage przewodzi ona nie tyle w rytmice, co również w melodii kompozycji. Muszę zaznaczyć jeden moment krążka, czyli wspaniały mostek w Fingers Crossed, kiedy połączenie perkusji z instrumentarium dętym tworzy niezwykle ciekawe brzmienie, a tym samym przepiękną harmonię pozwalającą zanurzyć się w dźwiękach soulu na dobre.

https://www.youtube.com/watch?v=mwnHUezUMis

O ile pierwszej połowy płyty słucha się z przyjemnością i zaciekawieniem, o tyle druga połowa wprowadza monotonię. Utwory o podobnym tempie, bez żadnego zaskoczenia. Nie są złe, jednak nie rozwijają dźwięków albumu pozwalając mu wybrzmieć do ostatniej nuty. Jedynym wyjątkiem jest Lost, które pomimo swojej bardzo prostej i ubogiej budowy wprowadza w niesamowity nastrój. Duży wpływ na odbiór piosenki ma ukryta w tle, bardzo cicha gitara, a sam Maxwell pokazuje w utworze wszystkie swoje możliwości.

Malutki zarzut mam również do warstwy tekstowej blackSUMMERS’night. Ileż można pisać piosenek o miłości. Wiem, że jest to tzw. temat rzeka, a sama muzyka r&b jest idealna do wyrażania emocji związanych z tym stanem, ale minimalna zmiana koncepcji nadałaby większego smaku utworów. Jest jednak jedna rzecz, która ratuje monogamię tekstów – wokal Maxwella. Z jednej strony delikatny, czasami mocny i dosadny, z zadziornymi wersami jak u prawdziwych jazzmanów.

BlackSUMMERS’night, która uważana jest za drugą cześć trylogii płytowej, w całości nie należy do najciekawszych wydań Amerykanina. Gdyby Maxwell zdecydował się zachować świeżość i brzmienie, które słyszymy w pierwszej połowie płyty, krążek mógłby wznieść się poziom wyżej. Opowiadając na pytanie czy warto było tyle czekać na piąty album artysty? Z pewnością tak, nawet jeśli warto go przesłuchać tylko do nr. 6 playlisty.

Exit mobile version