Site icon All About Music

Marysia Starosta – Ślubu nie będzie (2018), recenzja Karoliny Młynarskiej

Postać Marysi Starosty mogą kojarzyć co poniektórzy zwolennicy rapu. Wraz ze swoim chłopakiem, znanym raperem Sokołem, nagrała dwie bardzo dobrze przyjęte płyty. Z czasem pojawił się kryzys w ich relacji, który poskutkował rozstaniem oraz najnowszym krążkiem Marysi o wiele mówiącym tytule – Ślubu nie będzie. Jak można się spodziewać, dostaliśmy album intymny, pełen zwierzeń, przemyśleń i emocji. Jako że ślubu nie będzie, to piosenki też wesołe nie będą.

Przed zapoznaniem się z najnowszą płytą Marysi warto zerknąć do jej dyskografii. Debiutowała przed dziesięcioma laty płytą Maryland, więc oba solowe krążki dzieli spora przepaść. Po drodze pojawiły się dwa albumy nagrane razem z Sokołem – Czysta brudna prawda (2011) i Czarna biała magia (2013). Ślubu nie będzie można zatem potraktować jako epilog tejże muzycznej trylogii, w którym Marysia bezkompromisowo rozlicza się z przeszłością, dawnym związkiem i byłym partnerem.

To bardzo osobisty album i dlatego należy pogratulować artystce odwagi, że postanowiła wszystkie swoje uczucia przelać na muzykę. Od piosenek biją autentyczne emocje. Słychać ból, słychać żal, gorycz, gdybanie, zawiedzione nadzieje, chwile słabości i niewypowiedziane dotychczas wyznania. Wszystko to zrobione w sposób prosty, bezpośredni, bez owijania w bawełnę. Marysia nazywa rzeczy po imieniu, teksty zatem niejednokrotnie są dosadne i ma się ochotę mruknąć pod nosem wiele znaczące słówko wow. Medal oczywiście ma dwie strony. O ile takie posunięcie niektórym może się podobać, o tyle pozostali mogą czuć się nieco zmęczeni natłokiem negatywnych uczuć. W końcu dwanaście utworów rozliczania się z przeszłością to dla wielu nie lada wyzwanie. Wydaje się jednak, że najgorzej jest na początku; potem powoli wgryzamy się w klimat i bujamy się w rytm muzyki.

Pod względem brzmieniowym nie jest to nie wiadomo jak oryginalna i przełomowa płyta, niemniej produkcyjnie trzyma poziom i ogół wypada bardzo dobrze. Wpasowuje się w mainstream – to taki electro pop z delikatnymi wpływami soulu i r’n’b – ale jednocześnie trochę od niego odbiega. Poszczególne melodie kojarzą mi się z najświeższymi dokonaniami Natalii Nykiel, The Dumplings czy duetu xxanaxx. Nie należy jednak uważać tego za coś negatywnego, obecnie electro pop święci triumfy; a jeżeli ktoś ten trend wykorzystuje w umiejętny sposób, tak jak Marysia, to nie ma powodów, by się czepiać.

Zwłaszcza gdy dostajemy takie kawałki jak chociażby Hibiskus, Sama, Ćma czy Przezimowanie. W moim odczuciu są to zdecydowanie najlepsze momenty tej płyty. Hibiskus ma fantastyczny, mocny flow i bije od niego energia, całość natomiast dopełnia buntowniczy tekst. Przeciwieństwem jest utwór Sama, który odznacza się nastrojowością; Marysia śpiewa wyciszonym, spokojnym głosem. Następująca po nim kompozycja Ćma wyróżnia się świetnym bitem i jeszcze lepszą gitarową solówką. Warto zwrócić uwagę też na piosenkę Przezimowanie, którą z jakichś względów chcę określić przymiotnikami orkiestralna i jazzowa, choć dominantą pozostaje wyrazista elektronika. Niezwykle intrygujący kawałek.

Ślubu nie będzie może nie zwali z nóg, może nie pobije rekordów popularności i tym samym może nie podbije list przebojów. Nie mogę jednak pominąć faktu, że płyty słucha się naprawdę nieźle. Nie wieje tu nudą, piosenki są zróżnicowane i zdaje się, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Ze względu na osobisty charakter albumu niektórym łatwiej będzie się z nim utożsamić; pozostali mogą cieszyć się wysokiej jakości numerami o niesztampowych bitach. Warto dać Marysi Staroście szansę, ponieważ naprawdę sobie zasłużyła.

Exit mobile version