Site icon All About Music

marta bijan – SZTUKA PŁAKANIA (2021), recenzja Alicji Surmiak

Długo było nam czekać na debiutancki krążek Marty Bijan. Wokalistka w 2014 roku przeżyła przygodę w programie X Factor, ale autorski, długogrający album pojawił się dopiero po kilku latach od zakończenia tamtej edycji. Od premiery Melancholii minęły trzy lata. To ani szczególnie dużo ani mało, choć biorąc pod uwagę liczbę pozamuzycznych projektów artystki, które powstały na przestrzeni tego czasu, zdaje się, że jej kariera nabrała szaleńczego tempa: film Luna, tomik poezji Kwiat wielu nocy, powieść Melodia mgieł dziennych i zbiór opowiadań grozy Domy i inne duchy – w tej perspektywie wręcz imponujący wydaje się fakt, że udało się zrealizować również kolejną płytę. I to nie byle jaką. Chociaż SZTUKA PŁAKANIA jest muzycznym sprawdzianem, wokalistka wspomniała, że czuje się jak przy debiucie. 

Już na długo przed premierą SZTUKI PŁAKANIA Marta Bijan odsłoniła wiele kart. Na pierwszy ogień poszło lato smakuje, które jako pierwsze udowodniło, że drugi album wokalistki i jej debiut to niebo a ziemia. Przepełniona emocjami, nieco niepokojąca (za sprawą rytmu perkusji i pulsującego basu) kompozycja zdaje się krzyczeć, że Marta, którą znamy z Melancholii nie wróci. I dobrze, bo już ta właśnie pozycja (otwierająca nie tylko całą nową erę w karierze artystki, lecz będąca również ogólnie pierwszym utworem na płycie) jest lepsza niż wszystkie poprzednie nagrania Marty razem wzięte (chociaż wcale tak złe nie były). 

O ile wcześniej twórczość artystki można by było spakować w pudełko, zamknąć, podpisać „smutne popowe piosenki” i to wyrażenie byłoby niemal zupełnie wyczerpujące, o tyle o kompozycjach z tego wydawnictwa można napisać o wiele więcej. I rzeczywiście, jest tu coś z popu, i nadal niejednokrotnie przesiąka to smutkiem, ale znalazło się też miejsce dla mnóstwa innych muzycznych inspiracji i zróżnicowanych emocji, a to wszystko sprawia, że muzyka Marty Bijan oddala się o co najmniej kilka kilometrów od zaszufladkowania. Wielkim zaskoczeniem była elektroniczna, mroczna szczelina, będąca prawdopodobnie najbardziej energicznym nagraniem ze SZTUKI PŁAKANIA. Równie dobrze jednak słucha się pod morzem, opartego na ciężkim, rockowym brzmieniu gitary. Echo indie rocka wybrzmiewa też w wyjątkowo ciekawych, eksperymentalnych przesileniach (z wspaniałym, psychodelicznym podkładem muzycznym) i nowym świecie, którego brzmienie gitary (miło współgrające z elektroniką w drugiej połowie piosenki) przywołuje na myśl ballady lat 80. Dźwięki pianina, do których zwykła nas przyzwyczaić piosenkarka, powracają natomiast w niezwykle poruszającej, surowej balladzie chciałabym nie chcieć. 

Trzy ostatnie pozycje SZTUKI PŁAKANIA to równie mocne momenty. Disneyend nie jest szczególnie dynamiczną kompozycją, ale za to szczególnie melancholijną i w moim odczuciu najsmutniejszą z całej dziewiątki. Apokaliptyczna wizja we wzniosłej piosence o końcu (piękna, wywołująca ciarki końcówka!) to prawdziwy dowód dojrzałości artystycznej Marty – razem z równie genialnym nocnym ptakiem, który z okrojonego nagrania opartego na kilku dźwiękach przekształca się w rozbudowany, przepełniony mrokiem utwór uzupełniony elektroniką. 

Nie ukrywam – wiedziałam, że SZTUKA PŁAKANIA mnie nie zawiedzie. Wiedziałam, że będzie po brzegi wypełniona emocjami. Wiedziałam, że trzeba będzie Marcie Bijan gratulować, że stworzyła samodzielnie, nie będąc już pod skrzydłami żadnej wytwórni, coś takiego. Niewiele powinno mnie tu zaskoczyć, zważywszy na to, że prawie połowa tej płyty była mi już dobrze znana.  A jednak kiedy odtworzyłam ją po raz pierwszy w dniu premiery nadal nie mogłam wyjść z podziwu jak piękne to jest. Pisząc to ostatnie zdanie przeszło mi przez myśl, że chyba nie używam często przymiotnika „piękny” w stosunku do albumów. Ale muzyki Marty Bijan nie da się opisać innym słowem. SZTUKA PŁAKANIA jest na zmianę smutna, niepokojąca, psychodeliczna i mroczna, lecz przede wszystkim, niezmiennie, jest po prostu piękna. 

Exit mobile version