Site icon All About Music

Maroon 5 – V (2014), recenzja Michała Pietruszki

Do debiutanckiej recenzji podszedłem dosyć pieczołowicie. Na początek włożyłem dosyć zakurzoną już ostatnią ich płytę Overexposed do odtwarzacza. Pierwszy dźwięk wywołał u mnie niemałą dozę wspomnień związanych z kompozycjami na krążku. I pomimo to, że jakoś o nim zapomniałem, z łatwością zanucić, a nawet zaśpiewać mogłem większość pozycji. Na myśl wtedy przyszło mi dosyć kolokwialne porównanie czwartej płyty muzyków do sera – im straszy, tym smaczniejszy. I w tym przypadku tak było. To właśnie niezwykle pobudziło moje oczekiwanie na kolejny materiał. Fani musieli na niego czekać dwa lata – moim zadaniem ”nie za długo, nie za krótko, lecz w sam raz”.

Kalifornijski sekstet, na czele z uwielbianym w wielu środowiskach Adamem Levinem już w kwietniu ubiegłego roku wspominał o bardziej mrocznym, cięższym graniu – ba, nawet dawali nadzieję na powrót do czasów debiutanckiego Songs About Jane (2002). W czasie pracy chyba zaniechali tych prób, bo gitarowych, charakterystycznych riffów jest tu jak na lekarstwo. Ekipa, która układała tracklistę albumu i kolejność poszczególnych nagrań chyba się nie zmieniła. Przy V możemy dostrzec albowiem ten sam patent co przy poprzedniku, a nawet przy jeszcze wcześniejszych albumach – kawałki najbardziej chwytliwe i single prezentowane są jako pierwsze. Później mamy chwilowy spadek ,,przebojowości” – pojawiają się bardziej skromne utwory, aby później jeszcze raz obudzić słuchacza z chwilowego otępienia. Ale od początku…

Jak wspomniałem wcześniej przygodę z nową płytą Maroon 5 zaczyna singlowe Maps. I już na początku uświadamiamy sobie prosty fakt – zespół jeszcze bardziej pogrążył się w radiową otchłań. Nie oznacza to jednak, że kawałek jest zły. Wręcz przeciwnie, ma potencjał. Przecież panowie z ponad 12-letnim doświadczeniem nie wypuścili by na singla czegoś słabego. Wzorcowa produkcja, popularne ostatnio skrócenie drugiej zwrotki (co buduje napięcie muzyczne w kompozycji), charakterystyczny i co najważniejsze istotny w Maps gitarowy riff pomiędzy kolejnymi wersami oraz – moim zdaniem – deklasujący konkurencję genialny hook i bridge stawiają go w gronie ciekawszych kawałków w dyskografii Amerykanów. Utwór dotarł do szóstego miejsca Billboard Hot 100 – dla porównania przewodni singiel z poprzedniego albumu pt. Payphone osiągnął #2. Cóż, w przypadku Maps zabrakło tej decydującej iskry. Szkoda…

Kolejne dwie pozycje z longplaya dano nam poznać jeszcze przed wydaniem V. W chwytliwym, ale zbyt cukierkowym Animals juror The Voice U.S. śpiewa:

Baby, I’m preying on you tonight

Hunt you down, eat you alive

Just like animals, animals, like animals

Wydaje mi się to co najmniej niezręcznym, więc na zdecydowaną większość tekstów z albumu V spuszczę zasłonę milczenia. Są tak puste jak bęben maszyny losującej przez zwolnieniem blokady, niestety. Wracając jednak, It Was Always You zwykłem nazywać Payphone 2.0. To dojrzała, nieco mroczniejsza propozycja w funkowo-elektronicznym klimacie, tematyką nawiązująca do You Belong With Me Taylor Swift czy Lucky Jasona Mraza i Colbie Caillat. Głos Adama w wielu momentach z kolei wydaje się nieco dojrzalszy niż np. w Maps. Zdecydowanie kandydat na drugi, oficjalny już singiel. Takie same wrażenie może mieć przecież sztab kalifornijskiego bandu, bo It Was Always You zadebiutowało bez żadnej promocji na 45. miejscu na liście Hot 100! Dla porównania drugi promo-singiel był na #86.

Po tak energetycznych numerach słyszymy dalej, zyskującą po kilku przesłuchaniach power-balladę Unkiss Me; potem dosyć męczące Sugar i podniosłe Leaving California, gdzie na pierwszy plan wychodzą klawisze. Może to zasługa wracającego po dłuższej przerwie do zespołu Jesse’a Carmichaela? Jeśli tak, to czemu tak mało? Siódmy In Your Pocket za sprawą porywającego groove i minimalistycznych dźwięków pobudzi słuchacza do lekkiego kołysania; przy New Love natomiast ten sam słuchacz zada sobie pytanie, czy to nie przepadkiem odrzut z płyty OneRepublic? Wszystko możliwe – za tekst i muzykę odpowiedzialny jest m.in. lider zespołu, Ryan Tedder. Mimo wszystko to jednak ciekawy i udany utwór. W dalszym ciągu usłyszymy bawiący się rytmiką utwór Coming Back For You oraz klasycznie dyskotekowy Feelings, który pozostawię bez dalszego komentarza.

Zwieńczeniem wersji standardowej krążka jest kolaboracja zespołu ze zjawiskową Gwen Stefani. Wzniosła ballada My Heart Is Open, mająca naprawdę mocne filmowe zacięcie zachwyca prostotą i unikalnością. Tekst jest m.in autorstwa Sii Furler. Może to i dobrze, że to jeden z ostatnich utworów? Przynajmniej zostawia całkiem przyjemne wrażenie po ostatnich trochę schematycznych piosenkach Maroon 5.

O trzech utworach na wersji deluxe krążka nie ma co wspominać. Mogłyby praktycznie nie istnieć – są nieco nijakie, przynudzające, na pewno nie na krążek bądź co bądź rockowego (?) zespołu. Stylistykę większości utworów z V kontynuuje tylko Shoot Love. Sex and Candy natomiast to niezbyt udany cover kompozycji Marcy’ego Playgrounda o tym samym tytule.

Piąta płyta Maroon 5 to nadal pop/rock, ale coraz bardziej wzmocniony komercyjnymi bitami z hitów disco. Nic dziwnego – przy wydawnictwie (podobnie jak przy Overexposed) pracowali tacy spece od masowej rozrywki jak Max Martin, Shellback czy Ryan Tedder. To daje przebojowość i chwytliwość numerów, ale z drugiej strony także ich schematyczność, która co niektórych słuchaczy może szybko zirytować i znudzić. Analogicznie drugich może pobudzić. A więc gdzie leży złoty środek?

Exit mobile version