Site icon All About Music

Marmur premierowo w Gdańsku – koncert Taco Hemingway’a. Relacja Michała Szuma

Taco Hemingway - Marmur

Kiedy przyzwyczajasz swoich fanów do działania w trybie wiecznego zaskoczenia, nikogo nie powinien dziwić fakt wydania płyty niecałą dobę przed startem trasy ją promującej. Jednak tym razem, Taco Hemingway w swym budowaniu atmosfery napięcia i tajemnicy, posunął się o jeden krok za daleko.

Pal licho półgodzinną obsuwę, bo według wielu to właśnie ona jest piątym elementem hip-hopu, a Taco niewątpliwie wpisuję się w tę kulturę. Tak więc po nieco wydłużonym występie DJ’skim, punkt 21:30 rozpoczęło się długo wyczekiwane przez wszystkich show, a całkiem dynamiczny początek zupełnie nie zwiastował dalszego, dość bladego przebiegu wydarzeń.

Mniej więcej w połowie koncertu, Filip wspomniał co nieco o problemach zdrowotnych i zmęczeniu związanym z nagrywkami do płyty Marmur, ale nikt nie sądził, że w ostatecznym rachunku przyniesie to parę przykrych konsekwencji. Na pierwszy plan wyszło niedopracowanie nowego materiału: raper gubił rytm, zapominał tekstu i tracił kontrolę nad swoim głosem. W tym miejscu można by usprawiedliwiać się małą ilością prób, świeżością i nieobeznanie z niektórymi tekstami, ale takie szukanie wymówek byłoby zasadne tylko w przypadku, gdy stanowiłoby to jedyny problem tego wieczoru. Tych niestety było więcej.

Nazwę „Marmur Tour” można z dużym powodzeniem włożyć między bajki, bo piosenki z nowej płyty można policzyć na palcach jednej ręki. Zdecydowana większość numerów pochodziła z poprzednich wydawnictw Filipa, a dwukrotne odegranie utworu Wiatr z Wosk EP niech pozostanie najlepszym przykładem braku pomysłu na setlistę. Nie twierdzę, że koncert mógłby się odbyć bez takich hitów jak Białkoholicy, Następna Stacja czy Sześć Zer, ale odegranie ledwie kilku pozycji na czternaście możliwych trąci lekkim niedosytem.

Będąc już w temacie rzeczy małych, czas na krótką statystykę. 60 minut – tyle dokładnie trwał występ. Dla kogoś, kto jest niedzielnym koncertowiczem, czas ten nie robi większego problemu, lecz czerwona lampka z pewnością zapaliła się u osób, które co jakiś czas odwiedzają kluby i plenery w celu posłuchania muzyki na żywo. Godzina gry jest odpowiednikiem czasu występu na scenie festiwalowej, a pewne niepisane prawo koncertu solowego mówi o co najmniej półtorej godzinnym secie. W tym czasie artysta ma miejsce na spokojne powitanie, część właściwą złożoną z kilkunastu przyjemnych tracków, a także esencję swej twórczości, czyli bis (lub nawet dwa).

Rozumiem, że problemy zdrowotno-kondycyjne mogą dopaść każdego, ale po co pakować je w ładne sreberko i wmawiać ludziom, że wszystko jest okej? Czy lepszym rozwiązaniem nie byłoby odwołanie kilku najbliższych dat, aby dojść do pełni sił, dając przy okazji czas na zapoznanie się z nową płytą? Zgoda – spora część utworów została zagrana poprawnie, a momentami nawet dobrze, lecz finalnie na końcu języka czuć sporo niedosytu. Jedną z niewielu rzeczy, które zdecydowanie można dopisać po stronie plusów była nietypowa aranżacja utworu 6 Zer, ale taka perła pośród gruzu nie czyni go pięknym. Bardzo proszę.

Exit mobile version