Samodzielne wydawnictwo producenta muzycznego, który ma na swoim koncie prace nad bestsellerowymi krążkami takich ikon jak Adele, Lana Del Rey czy Amy Winehouse to bez wątpienia niesamowicie trudny sprawdzian. Poprzednie wydawnictwa Marka Ronsona nie były równe ani pod względem komercyjnym, ani tym bardziej artystycznym. Kilkakrotne zmiany wytwórni płytowych czy nagrywanie albumów coverowych uznać można za próbę znalezienia swojej drogi, swoiste rozpoznanie i zapełnienia rynkowej luki na listach przebojów na całym świecie. Po pięciu latach od ostatniego krążka Brytyjczyk najwidoczniej jest gotowy ostatecznie wyjść z cienia i przypieczętować międzynarodowy sukces – mowa tu o wydanym trzynastego dnia stycznia Uptown Special, który przez część słuchaczy określany jest jako spóźniony brat bliźniak Random Access Memories duetu Daft Punk.
To określenie właściwie mogłoby równie dobrze skończyć tę recenzję, ponieważ Ronson nagrał płytę niewiele odstającą od tej autorstwa wspomnianych Francuzów, za którą dostali aż trzy (a właściwie pięć jeśli liczyć nagrody dla Get Lucky) statuetki Grammy. Bohater recenzji łączy w niej na pozór niepasujące do siebie elementy, tworząc mieszankę co najmniej niepokojącą, ale i zarazem interesującą. Mamy więc w warstwie lirycznej z jednej strony Michaela Chabona, zdobywcę prestiżowej nagrody Pulitzera, z drugiej zaś autora piosenki Shake Ya Ass Michaela Tylera; w featuringu obok legendy Stevie Wondera i gwiazdy pop Bruno Marsa pojawia się nieznana dotąd 23-letnia wokalistka gospel Keyone Starr, a stylistycznie przeciwstawiono electropopowego Andrew Wyatta i grającego na co dzień psychodelicznego rocka Miike Snowa.
Jak mówi stare przysłowie: sukces ma wielu ojców. Międzynarodowy rozgłos Uptown Funk zawdzięcza jednak nie tylko świetnej produkcji Marka Ronsona i niepowtarzalnemu feelingowi Bruno Marsa, ale także całkiem sporej liczbie innych kompozycji, z których sample tu wykorzystano. Fragmenty All Gold Everything (Trinidad James), Funk You Up ( The Sequence), Apache (The Sugarhill Gang) czy Trommeltanz Din Daa Daa ( George Kranz) to połączenie, które szybko się nie znudzi; optymistyczny kawałek garściami czerpiący z dźwięków lat 70. to po prostu solidny, idealnie skrojony powrót funku, tym razem wzbogacony o elementy o naprawdę szerokiej sile rażenia.
Uptown Funk nie jest jednak jedynym wunderwaffe recenzowanego wydawnictwa, a na pewno już nie najlepszym kawałkiem na nim. O to miano walczą bowiem dwie sąsiadujące mu na trackliście numery: z równie chwytliwym refrenem, charakterystycznym wokalem Mystikala i sprytnie użytymi trąbkami Feel Right oraz mój ulubieniec I Can’t Lose z soczystym wokalem wspomnianej przez mnie wcześniej Keyone Starr, podszyty epickimi syntetycznymi beatami i wszechobecną na Uptown Special agresywną gitarą. A jeśli o riffach mowa, to Ronson tworzy z nich element dominujący na większości propozycji. To one zostają nam w głowie po pierwszym odsłuchu Daffodils; to one również atakują nas na początku In Case of Fire czy Leaving Los Felix. I o ile pierwsza część czwartego albumu Marka Ronsona dawała nam energetycznego kopa, to jego końcówka nieco traci na przebojowości na rzecz przyjemnych, opartych na soulowym koncepcie i chilloutowych podkładach kawałkach w stylu Crack In the Pearl. Jego kontynuacja Pt. II i otwierające Uptown’s First Finale obie wodzone przez przygrywającego (i to jak) na harmonijce Stevie’ego Wondera wydaje się być umieszczone tutaj tylko pod pretekstem sławnego nazwiska, a nie prawdziwej fascynacji Ronsona takimi sentymentalnymi balladami.
Autorskiego materiału Marka Ronsona nie nazwałbym nieudanym: Uptown Special to perfekcyjnie przygotowany produkt skierowany nie tylko dla odbiorców mainstreamowych. Samo zaproszenie do współpracy artystów niemal z dwóch artystycznych biegunów, Bruno Marsa i Stevie Wondera potwierdza, że Brytyjczyk zaczyna rozumieć jak komercyjny sukces osiągnąć nie tylko jako jeden z producentów, ale również jako pełnoprawny artysta. Co tu dużo mówić, parafrazując singlowy numer don’t believe me just listen.
