Okrzyknięta jedną z najgorętszych i najmocniejszych premier 2016 roku. Opatrzona sesją zdjęciową, na której to artystka ze śmiałością pokazuje walory swojej kobiecości. Do tego zamieszanie z wycofaniem drugiego singla z iTunes. Włączam i… sorry Maria, ale tego znieść nie jestem w stanie.
Zalążek tego, co usłyszałem na najnowszej płycie Marii Peszek znajdował się już na poprzednim krążku, czyli Jezus Maria Peszek. Sęk w tym, że tam było to wszystko jeszcze w miarę wyważone, a w przypadku albumu Karabin mam wrażenie, że spotkałem się z totalną farsą i przerostem formy nad treścią. I gdyby to był celowy zabieg, gdyby to był po prostu pastisz jak chociażby w muzycznych dokonaniach Doroty Masłowskiej – przyklasnąłbym. Jednakże największym problemem najnowszej płyty Marii Peszek jest to, że artystka jest na niej absolutnie poważna.
Zaczęło się od pierwszego singla, czyli piosenki Polska A, B, C i D. Utwór ten brzmi naprawdę ciekawie w warstwie muzycznej, za którą współodpowiedzialny jest Michał „Fox” Król. Ciekawa elektronika, wpadający w ucho motyw klawiszy, energiczny refren – mogłoby się wydawać, że zapowiedź może zwiastować naprawdę niezłe wydawnictwo. Jednak trzeba podkreślić ważną rzecz – Maria Peszek nigdy nie była mistrzynią tekściarstwa i w pierwszym singlu już mamy tego dowody. Artystka jak na zawołanie sypie banałami: dzieli nas wszystko, nie łączy nic; inny nie znaczy gorszy lub zły; można dzielić Polskę tnąc krzyżem jak brzytwą, czy nieszczęsny refren, w którym drugą część śpiewa po angielsku – bo po angielsku wszystko brzmi mądrzej?
Drugi singiel – kontrowersyjny drugi singiel Modern Holocaust – to już jest totalna katastrofa. W przypadku tego utworu nawet nie sposób skupić się na muzyce czy linii melodycznej, bo tekst odstrasza od całej kompozycji. I oczywiście rozumiem, że Peszek śpiewa o swoich doświadczeniach, o hejcie, który ją spotkał. Ja to wszystko rozumiem, ale nie jestem w stanie zrozumieć tego, że wokalistka używa tu tak pretensjonalnego i (przepraszam) głupiego uogólnienia – w moim kraju nienawiści nienawidzą wszyscy wszystkich. Maria Peszek jawi mi się tutaj jako jedyna pokrzywdzona, biedna istota, na którą cała Polska wydała wyrok śmierci. Do tego dochodzi jeszcze ten idiotycznie banalny refren, piec polskiej nienawiści, Hitler i Stalin, palenie w stodole – to wszystko jest nawet nie tyle niesmaczne, co po prostu zupełnie nieadekwatne.
To tyle w kwestii singli, ale niestety – reszta płyty jest niewiele lepsza. Zaczynający płytę utwór Gwiazda po raz kolejny pachnie pretensjonalnością. Refren z Gwiazdą Dawida w roli głównej to kolejny bezsensowny wymysł Marii Peszek. Artystka w tej piosence jakby sama tłumaczy się ze swojej płyty, co jest absurdalne biorąc pod uwagę przyjętą formę. Kwestia muzyczna też nie należy do odkryć – prosta konstrukcja z niezbyt wyszukaną melodią, nie mogą robić wrażenia. Podobnie jest z kolejnym utworem – Krew na ulicach. Jedno jest pewne – utwór na pewno się sprzeda, bo traktuje o islamskich fanatykach. Ale niestety proste rymy, siłowanie się na gry słowne i ogólna wizja katastrofy nie wypadają najlepiej.
Zamysł był taki, by zrobić płytę nasyconą pacyfizmem, a najbardziej czuć go w utworach Elektryk, Żołnierzyk i Ogień. Tytuł pierwszej piosenki to nawiązanie do Lecha Wałęsy. Jest to piosenka z lekką melodią, ale z dość oklepaną konstrukcją i naiwnym tekstem z odstraszającym zapychaczem w postaci la la la la. Utwór Żołnierzyk wypada na tle płyty całkiem nieźle. Tutaj Peszek śpiewa o bezsensie wojny i wybiera do tego formę może delikatnie infantylną, ale nie odstraszającą. Natomiast Ogień to kolejna piosenka z częstochowskimi rymami i ratuje ją chyba tylko muzyka – co prawda nie wyróżnia się zbyt mocno, ale głos nałożony w drugim i trzecim refrenie brzmi dobrze. Niestety tekst sama przeciw wszystkim zaprzepaszcza kompletnie szansę jaką dałem tej kompozycji.
Na Karabinie najlepiej wypadają piosenki Samotny Tata, Tu i teraz i Jak pistolet. I bynajmniej nie chodzi mi o kwestię tekstów, bo w przypadku pierwszej problem samotnego rodzicielstwa potraktowany jest bardzo schematycznie, w przypadku drugiej słowo prostytucja kończące refren znalazło się chyba na niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, a w przypadku trzeciej – tutaj druga zwrotka jest chyba najlepszym fragmentem całej płyty, ale poza tym trąci banałem. Tak więc chodzi mi przede wszystkim o naprawdę dobre linie melodyczne (świetna w Samotnym tacie), o energiczną muzykę w Tu i Teraz oraz o wyżej wspomnianą drugą zwrotkę w piosence Jak pistolet.
Ej Maria – ten utwór kończy Karabin i jest to chyba idealna puenta. Jestem wyjątkowa, śpiewaj la la la jeśli jesteś równie wyjątkowy. To straszne jak ogromna przepaść jest pomiędzy pierwszą płytą (Miasto mania), która była bardzo ciekawym zjawiskiem na polskiej scenie alternatywnej, a tą, która jest komentarzem do otaczającej rzeczywistości – wyjątkowo słabym komentarzem. Ale koniec końców Maria Peszek wyjdzie na swoje – wzbudziła kontrowersje, pewnie znów spotkała ją fala nienawiści, więc będzie o czym śpiewać na kolejnej płycie. Tylko że, przykro mi bardzo, ja już tego słuchać nie będę.

