Nie często zdarzało mi się sięgać po polskie płyty. A jeszcze rzadziej zachwycałam się nimi i wyczekiwałam momentu, aż dany album odtworzę od początku. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Jednak od pewnego czasu co i raz na rodzimym rynku pojawiają się artyści, którzy potrafią mnie zadowolić. Muszę jednak zaznaczyć, że ich cechą wspólną, mimo gatunkowych rozbieżności, są angielskie teksty. Polacy nie boją się już tworzyć w tym języku, co pozytywnie wpływa na ich muzykę i zwiększa szansę międzynarodowej kariery. Porządnych towarów eksportowych jest u nas pod dostatkiem. Swoją debiutancką płytę zaprezentował nam w tym roku jeden z nich – zespół Maja Olenderek Ensemble.
Twarzą grupy jest zjawiskowa Maja Olenderek. Dawno już nie miałam do czynienia z takim głosem. Bardzo plastycznym. Mającym wiele barw i oblicz. Raz wyłapuję Katie Meluę, innym razem Joni Mitchell, a na dokładkę momentami przypomina mi się piękna, urocza naiwność Kate Bush z jej dwóch pierwszych albumów. Jednak nawet Olenderek sama dużo by nie zwojowała, gdyby nie obecność tworzonej przez pozostałych członków zespołu muzycznej oprawy. Idąc tym tropem, Mai towarzyszą chociażby gitary (Adam Świtała, Kuba Bruszewski), altówka (Magdalena Małecka-Wippich) oraz klawisze (Wiktor Stokowski). Ciężko przypisać album Bubble Town do jednego z gatunków. Ja powiedziałabym, że jest to spójna, eklektyczna mieszanka folku, jazzu, muzyki akustycznej i najszlachetniejszego popu, jakiego mi dzisiaj brakuje.
Zaczyna się iście bajkowo. Kompozycja Tree, jakże delikatna, spokojna i krucha, przywodzi mi na myśl twórczość wspomnianej wcześniej Katie Meluy. Z tego marzycielskiego, niebiańskiego wręcz świata wyrywa nas kolejna propozycja zespołu – kabaretowe Bee, zachęcające do tańca. Po drugiej stronie lustra lądujemy za sprawą kolejnej ballady. Seaside to utwór, w którym na początku zwracałam uwagę jedynie na przeszywający wokal Mai. Jednak muzyka, zbudowana głównie na pięknych dźwiękach pianina, także zasługuje na brawa. Jakby dla zachowania pewnej równowagi grupa zaprasza nas na parkiet, serwując przepyszne, muśnięte hiszpańskim słońcem nagranie zatytułowane Bubble Town.
Pojawiające się w poprzednim akapicie subtelne odniesienie do baśni „Alicja w krainie czarów” Lewisa Carrolla nie było przypadkowe. Maja Olenderek przypomina nieco bohaterkę dziewiętnastowiecznej powieści. Niby trochę zagubiona, ale jednak odważna i… zawadiacka. Te cechy łączą się w rozbudowanym utworze Alice. Sporo dzieje się także we wzbogaconym partiami gitar, z początku nieśmiałym i leciutkim, wyróżniającym się etno klimatem Firefly.
Ostatnie trzy piosenki zespołu idealnie dopełniają całość. Intrygują zmiany rytmu w utworze noszącym ładny, wdzięczny tytuł Moon Song. Rozemocjonowane wykonanie Mai pozwala nam się lepiej utożsamić z kompozycją, tym bardziej, że artystka zdaje się do nas zwracać z prośbą
Tell me what would you do if you were happy (PL: Powiedz mi, co byś zrobił, gdybyś był szczęśliwy).
Bardziej uporządkowanym numerem jest taneczne Plastic. Zamykające album nagranie On My Way to powrót do balladowej, baśniowej stylistyki.
Wszystkie elementy debiutanckiej płyty zespołu Maja Olenderek Ensemble wskakują na swoje miejsce i tworzą zupełnie nową jakość, zupełnie nowy świat. Kapela zabiera nas do niesamowitego Bubble Town (bąbelkowego miasta), którego zwiedzanie pozwala słuchaczowi na odkrywanie wspaniałych muzycznych zakamarków. Największym atutem tego albumu nie jest jednak muzyka czy śpiewająca z serca wokalistka. Główna zaleta „płyty to umiejętność angażowania każdej komórki ciała słuchacza, każdej jego myśli. Muzyka polskiej kapeli idealnie odciąga od smutnego rozmyślania o problemach czy przykrościach. Najlepszy krążek tego roku na rodzimym rynku? Czemu nie!

