Madonna. To więcej niż imię – to symbol, marka, definicja popu. W muzyce rozrywkowej wyżej się nie da, dlatego premierze każdej nowej płyty Królowej Popu towarzyszy dreszczyk szczerej ekscytacji. Madame X daje jasno do zrozumienia, że ma głęboko w poważaniu szczyty list przebojów, opinię krytyków i kontrowersje, które może wywołać. To album niebywale odważny i chociaż o tę śmiałość kilkukrotnie się potyka, ostatecznie wychodzi z tego wyzwania zwycięsko – nikt nie robi popu tak jak Ona. Czternasta płyta Madonny to jej najlepsza inkarnacja od lat.
Pierwsze plotki o Madame X sugerowały zwrot w kierunku uduchowionej, mistycznej estetyki Ray of Light, zwiastując sięgnięcie głęboko do portugalskiej muzyki fado i latynoskich brzmień, tak bardzo uwielbianych przez fanów i krytyków. Ale Madonna, jak zawsze zresztą, postanowiła zrobić wszystko po swojemu i zdecydowała się na eksperyment. Czternasta płyta Królowej Popu to bowiem kilka wcieleń, bardzo zróżnicowanych, niekiedy niepokojących i niekomfortowych, ale każde z nich emanuje szczerością i autentycznością. To wyrazisty, społeczno-polityczny manifest, ale podany bez agresji. To zaproszenie do radosnej zabawy, ale nie banalnej i wyłącznie beztroskiej. To też niezmiennie obecne w twórczości Madonny poszukiwanie miłości, ale intymne i wrażliwe.
Niech nie zwiedzie nas otwierający płytę singiel Medellin. Chociaż spolaryzował odbiorców (delikatnie mówiąc), spośród których wielu zarzucało mu infantylność i brzmieniową tendencyjność, w konwencję całej płyty wpasowuje się bardzo dobrze. To lekkie, frywolne zaproszenie do wspólnej zabawy-podróży, chociaż nic nie zwiastuje jeszcze jej przebiegu. Bowiem od Dark Ballet zaczyna się ta Madonna – wojowniczka, aktywistka, feministka. Kameralna, kobieca ballada przeistacza się nagle w niepokojącą, psychodeliczną żonglerkę muzyką Czajkowskiego, wypełnioną słowami inspirowanymi historią Joanny D’Arc oraz recytowanym, teatralnym manifestem zagrzewającym do walki z kłamstwem, niesprawiedliwością i patriarchatem, bezwstydnie kierując naszą uwagę ku hierarchom kościołów. Madonna polityczna jest wielokrotnie. W doskonałym, wycelowanym w Donalda Trumpa God Control, łączy patetyczność na miarę Like a Prayer z szałem dyskotek lat siedemdziesiątych. „Ludzie myślą, że jestem obłąkana. Moja jedyna broń jest w moim mózgu (…) Czas się przebudzić”, recytuje niczym dziecięcą wyliczankę, na tle porywających, tanecznych brzmień.
Kameralne, inspirowane fado Killers Who Are Partying kuleje może na gruncie tekstowym, operując banalnymi frazesami pokroju „Będę ubogimi, gdy ubodzy będą poniżani”, ale nadrabia unikatowym brzmieniem i bezbronnym, acz jednocześnie pełnym wyrazu wokalem. Transowa, łącząca elektronikę z rdzennymi, afrykańskimi brzmieniami Batuka to niemalże mantra, dialog między piosenkarką i chórem, „Staniemy dumni (…) Bo to długa droga (…) Śpiewajcie: Alleluja!”. No i niemniej imponujące Extreme Occident, osobista i niezwykle wrażliwa ballada o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, dokonująca odważnego, brzmieniowego mariażu Portugalii z Bliskim Wschodem i gęstym trapem.
Madame X To chyba najbardziej polityczna z płyt Madonny, polityczna bardziej nawet od American Life, zbombardowanej przecież przez krytyków. Ale tym razem koncept działa, nie jest tak bezpośredni i jednoznaczny, operuje licznymi metaforami. Nie jest przede wszystkim agresywny – jest świadomy, dojrzały i silny, ale też nie boi się ludzkiej słabości i ułomności. Nie bez powodu za większość powyższych kompozycji odpowiada znakomity Mirwais Ahmadzaï, który pracował przy Music i American Life właśnie. Jego zdolność do dekonstruowania i transformowania gatunków zdała egzamin celująco, po raz kolejny umieszczając w obszernym dorobku Madonny utwory niepowtarzalne, kreatywne i ambitne.
Ale Madame X śpiewa nie tylko o polityce, nie tylko zagrzewa do walki z nierównościami społecznymi, nie tylko obala monarchów i fałszywych bogów. Madame X nie ogranicza się tylko do fado i muzycznych dekonstrukcji. Madame X też po prostu dobrze się bawi – chociaż to tutaj zdarzają się jej najboleśniejsze potknięcia. Crazy może urzeka swoją dziewczęcością, lekkością i niewinnością, ale jednocześnie jest najbardziej tendencyjną, banalną piosenką na krążku – nie uroniłbym łzy, gdyby Madonna zdecydowała się z niej zrezygnować. Future, dość niefortunnie zaprezentowane światu podczas tegorocznego finału Konkursu Piosenki Eurowizji, zwraca uwagę osadzeniem w świecie reggae ze znakomitą partią trąbek a’la mariachi, zyskując z każdym odsłuchaniem, ale jej moralizatorski poniekąd ton blednie przy God Control i Batuka, pomiędzy którymi została umieszczona.
Bitch I’m Loca to Medellin kilka godzin (i kresek) później. Gęsta, seksualna chemia między Madonną i Malumą działa i utwór ma potencjał do podbicia dyskotek, ale nie pozostaje w umyśle na dłużej. Ani to zapychacz, ani radiowy przebój, ot reprezentacja jednej z twarzy Madame X. Ale jest jeszcze I Don’t Search I Find, nieślubne dziecko Music, Confessions i Erotici, Deeper and Deeper na fenomenalnych sterydach – house i dance w pierwszorzędnym wydaniu, krótkie, mięsiste wersy okraszone hipnotyzującą, pulsującą elektroniką. Nie można też nie wspomnieć o Faz Gostoso w duecie z Anittą, brazylijską gwiazdą popu. To jedna z najefektywniejszych i najefektowniejszych kolaboracji w karierze Madonny. Łączy R&B z latynoską zmysłowością, obezwładnia, oszałamia, rozkosznie przytłacza swoim stale wzmagającym się pędem. Postawienie na takich wykonawców, kosztem chociażby Nicki Minaj, to inwestycja, która zwraca się z niebotyczną nawiązką. Chylę czoła i chcę więcej.
O tej płycie nie można było napisać zwięźle, chociaż i tak kilka utworów pominąłem. Jest niezwykle, nawet jak na Madonnę, zróżnicowana, miota nas między gatunkami, personami, deklaracjami, epokami i autocytatami. Głos artystki brzmi najlepiej od dwóch dekad, a wszelkie jego elektroniczne modyfikacje są sprawne, trafne i uzasadnione. Jej brzmienie jest takie jak ona sama – zmienne, niejednoznaczne, trudne do zaklasyfikowania, ale przez to ciekawe, indywidualne, nieposiadające swojego odpowiednika. Bałem się o tę płytę – po niezgrabnie goniącej za trendami MDNA i lepszej, ale wciąż zagubionej Rebel Heart, od Madame X oczekiwałem wszystkiego, byle nie pójścia na łatwiznę. Madonna poszła, i chwała jej za to, pod prąd.Tę płytę albo pokochasz, albo się od niej odbijesz. I o to chodzi!
Rok temu pisałem, że Madonna, przez niemal czterdzieści lat kariery, wyznaczyła sobie bardzo wysoki pułap do osiągnięcia. Dzisiaj z pełną satysfakcją mogę stwierdzić, że Madonna nie musi sobie niczego udowadniać – to ona jest pułapem. I niekwestionowaną Królową Popu.

