W 2008 roku Madonna wydała swój jedenasty album studyjny – Hard Candy. Muszę przyznać, że bardzo długo musiałem się przekonać do tego, by w ogóle włączyć płytę. Od słuchania odepchnęła mnie obrzydliwa okładka, na której piosenkarka wyszła koszmarnie, jak 70-letnia fanatyczka sado-maso ubrana w skąpy strój rodem ze sklepu z akcesoriami erotycznymi. Jednak, jak to mówią: nie oceniaj książki po okładce. I włączyłem album.
Album został wydany 19 kwietnia 2008 roku. Trzy lata wcześniej piosenkarka uraczyła swoich fanów płytą Confessions on a Dance Floor, który znacznie różnił się od tego, co mogli usłyszeć chociażby na American Life z 2003 roku. Na Hard Candy długo szukałem tej Madonny sprzed lat, która nagrała m.in. Like a Virgin czy Cherish. Lata lecą, muzyka idzie do przodu, więc Królowa Popu musiała zaryzykować i nagrać coś współcześniejszego. Najnowszą płytę zdominował zatem R&B i pop z elementami muzyki dance.
Powiew nowoczesności usłyszałem już w pierwszym utworze, Candy Shop, który świetnie zaprezentował próbkę tego, co pojawi się potem, czyli rhythm and blues’owe brzmienia, średnio ciekawe teksty oraz masa słodyczy. Piosenkę napisał z wokalistką Pharrell Williams, który obecnie bije rekordy popularności za sprawą Blurred Lines Robina Thicke i Get Lucky Daft Punk. Raper już wcześniej nawiązał współpracę z Madonną, pisząc dla niej Hey You. Na Hard Candy znalazło się aż siedem utworów współtworzonych przez niego.
https://www.youtube.com/watch?v=GOwmzNgLp4w
Williams napisał m.in. singel Give It 2 Me, który jest najpopularniejszą chyba piosenką z całej płyty. Trzeba przyznać, że słychać w nim dźwięki dość charakterystyczne dla twórczości Pharella, czyli masa przeszkadzajek w postaci cymbałków czy innych instrumentów. Utwór spodobał mi się głównie ze względu na wpadający w ucho pre-chorus, który nucę do dziś (Don’t stop me now, don’t need to catch my breath i tak dalej…). Kolejny utwór, Heartbeat, potraktowałbym jako dalszą część singla, ponieważ znalazły się na nim podobne brzmienia. Spodobał mi się jednak sposób, w jaki Madonna go zaśpiewała, ponieważ zrobiła to delikatnie, jak za dawnych lat. Tak samo zaprezentowała się w She’s Not Me, które uruchomiło moje biodra od pierwszej sekundy, mimo trochę kiczowatego początku.
Za najlepszą piosenkę z Hard Candy, którą napisał Williams, uznałbym – Incredible, w którym największym plusem okazała się przyjemna dźwiękowa, efekt świerszcza w tle oraz bardzo energiczna końcówka. Najgorszym, bez dwóch zdań, tworem Pharella, okazała się Spanish Lesson z beznadziejnie banalnym tekstem oraz brakiem czegokolwiek, co wyróżniłoby kompozycję spośród pozostałych jedenastu. Słabą warstwę tekstową zawarła również piosenka Voices, jednak uratował ją delikatny, nieco liryczny podkład muzyczny. Negatywne wrażenie po Lekcji hiszpańskiego załagodziło słuchanie Beat Goes On, które od razu nasunęło mi skojarzenia z pierwszymi płytami Madonny oraz tym sposobem śpiewania, którym wokalistka urzekła mnie najbardziej. W nagraniu usłyszeć można Kanye Westa, który dodał sporo powera do krążka.
https://www.youtube.com/watch?v=OjzZxtut0W4
Jednak to nie jedyna gwiazda zaproszona do współpracy nad albumem. Podczas nagrania singla 4 Minutes piosenkarce towarzyszył Justin Timberlake. Utwór szybko trafił do radia, podbił wiele list przebojów, a za produkcję był odpowiedzialny nie kto inny, jak Timbaland. Młody piosenkarz pojawił się również w utworze Dance 2night, który na początku skojarzył mi się z Love Sex Magic, który Timberlake nagrał z Ciarą w 2009 roku. Chociaż z jednej strony usłyszałem podobny klimat, lekko erotyczne brzmienia, po pewnym czasie przeniosłem się do dyskotek lat 80., gdzie królowały największe przeboje Madonny, z Like a Prayer na czele.
Całkowita zmiana repertuaru, chęć trafienia do młodego słuchacza nie wyszła Madonnie najlepiej. Chociaż wszystkie utwory wyprodukowane zostały profesjonalnie, głównie przez The Neptunes, większości utworów nie słuchałem z przyjemnością. I nie chodzi tu jedynie o powtarzalność dźwięków i brak powera w nich ani o to, że uwielbiałem tę dawną Madonnę. Tytuł albumu idealnie prezentuje to, co znalazłem w prawie każdej piosence – masę lukru, przesłodzenia oraz odmładzania się na siłę. Nie tego spodziewałem się po Królowej Popu. I na tle pozostałych płyt, Hard Candy wypadł po prostu… blado.
