Maciej Maleńczuk powraca, lecz tym razem nie oferuje słuchaczom kaszki z mleczkiem. Znany z bezkompromisowego stylu afiszowania się w mediach muzyk, tym razem daje wszystkim wyraźny sygnał, że póki co czasy dancingowej stylówy odkłada na regał. Zebrał więc ludzi wybitnych w swoim fachu, nakazał im grać jazz, a sam – jako pierwszy z idiotów – postanowił dołączyć się do szajki wraz ze swoim saksofonem. Chciałoby się rzec: no nieźle, panie Maleńczuk.
Sam fakt wydania płyty w standardach jazzowych nie zdziwił mnie w ogóle. To samo tyczy się tytułu krążka, bo stawianie kawy na ławę to również żadna nowość. Jedyne, co mnie na prawdę zdziwiło, to instrument z którym pan Maciej romansuje na Jazz For Idiots wespół z Jazz For Idiots (warto wiedzieć, że nazwa ta tyczy się zarówno krążka, jak i wspomnianej wyżej grupy grajków). Tak czy inaczej, wybór padł na saksofon z tego względu, że w wojnie światów ambicja wzięła górę nad tym co znane i sprawdzone. Czym to poskutkowało?
A chociażby tym, że album brzmi naprawdę świetnie. Energiczny Gekon na dobry początek okazał się strzałem w dziesiątkę. W dalszej części nie dostaniemy już drugiego takiego bang, ale zupełnie szybko ten fakt wylatuje nam z pamięci, z tego względu że mniej żywiołowe kompozycje zupełnie nie nużą. Fakt – zdarzają się momenty o podobnym, a nawet wyższym tempie, lecz to właśnie pierwszy utwór rozdaje karty i ustawia dalszy odsłuch.
Rozdanie jest o tyle szczęśliwe, że każdy z graczy dostał dość różnorodne karty, lecz nikt nie jest pokrzywdzony i szanse wydają się być wyrównane. No, może jedynie Tell Me That You Want Me oraz Ach, Proszę Pani mają w zanadrzu asy w rękawie, bo to właśnie wtedy gdy do głosu dochodzi pan Maciej, na stole widzimy ów poukrywane bonusy. Chwytliwe melodie w połączeniu z frywolnym tekstem tworzą układ wymarzony do stworzenia co najmniej karety.
Przy okazji rozmowy na temat płyty, pan Maciej wielokrotnie odbija w stronę polityki, co – paradoksalnie – nijak ma się do płyty. Jednak nic straconego, bowiem w wywiadzie dla Radiowej Jedynki muzyk stwierdził, że ten roku jest dość dobrym gruntem do napisania mocnego tekstu o cyrku panującym w obecnym świecie. Jazz For Idiots można zatem traktować jako swego rodzaju formę autooczyszczenia, aby przypadkiem żółć nie pomieszała się z pięknymi jazzowymi podkładami, którym bliżej do sobotniego popołudnia aniżeli poniedziałkowego poranka. Być może się mylę, ale w takich kategoriach odbierałbym ten krążek – „cisza” przed burzą (swoją drogą już nie mogę się doczekać tej żółci!).
Wiele osób zapewne zarzuci tej płycie, że przecież obok jazzu to ona nawet nie stała, że ta gra na saksofonie to jedynie melodyjka dużego dziecka, albo że tak w ogóle, to Maleńczuk się już dawno skończył. Wiecie co? Być może to wszystko prawda, ale wg mnie jednego nie można panu Maćkowi odebrać: chęci rozwoju. Nigdy nie jest za późno na zmiany, bo jeżeli siedemdziesięciolatkowie kończą maratony, to czemu by nie próbować grać jazzu w wieku 55 lat? A gadkę w stylu „każdy by tak potrafił” wsadźcie sobie między Wasze bajki o byciu najlepszymi.
Póki co pozostaje nam zatem rozpływać się po raz n-ty w kojących dźwiękach jazzowego brzmienia, oferowanego przez Jazz For Idiots w pełnej krasie. Jako, że dziś mamy kwietniową sobotę, toteż ten krążek powinien spełnić wszystkie oczekiwania stawiane płytom puszczanym w takie wiosenne wieczory. W końcu każdy z nas ma w sobie coś z idioty, czyż nie? A może lepiej udawajmy, że nasza pseudointeligencja to klucz do szczęścia i od wariactwa lepsza jest normalka?

