Site icon All About Music

Lykke Li powraca z nowym albumem. Lykke Li – EYEYE, 2022 (recenzja)

Po czterech latach od wydania ostatniego albumu Lykke Li prezentuje swoje nowe dzieło. EYEYE to płyta próbująca skompresować romantyczną obsesję i kobiece fantazję w hiperzmysłowy krajobraz. Jest to też ostateczna konfrontacja wokalistki z formą, która zdefiniowała jej karierę.

Na nową płytę wykonawczyni słynnego I follow rivers przyszło nam czekać niemalże cztery lata. Ostatni album wydany w 2018 roku zebrał ogólnie pozytywne recenzje. Był to typowy album zorientowany na pop, lekko elegancki, wpadający w ucho. Teraz natomiast Lykke postanowiła spróbować czegoś odmiennego, a do stworzenia EYEYE użyła całkowicie innej palety muzycznej. Pomimo pozytywnego przyjęcia pozostałych albumów studyjnych przez krytyków, wokalistka postanowiła zaryzykować. I śmiało można stwierdzić, że opłaciło się. Narzuciła sobie dogmatyczny zestaw zasad, tym samym każdy aspekt produkcji był wyjątkowy. Rezultatem jest osiem utworów, które prowadzą nas przez emocjonalną przestrzeń i pozwalają się rozkoszować każdą minutą dźwięku. Wieloletni fani mogą wyczuć tutaj mocne oddziaływanie głównych atutów artystki. Analogowe syntezatory, masywne popowe haki są cechą rozpoznawczą Szwedki.

Albumowi towarzyszy siedem zapętlonych wizualizacji: razem muzyka i obraz odsłaniają szerszą narrację, opowieść o wiecznie powracających cyklach miłości, uzależnienia, nawrotów i obsesji.

Chciałam, żeby ta płyta była intymna jak słuchanie notatki głosowej po zażyciu LSD – mówi Lykke

W marcu wypuszczony został pierwszy singiel zatytułowany No Hotel zapowiadający nadchodzący album. Po jego brzmieniu można było już podejrzewać, że cała płyta będzie w klimatach nostalgii. Sam singiel wydawał się bardzo przyjemny, łagodny, wprowadzał mnie w jakiś nienazwany stan. Może spokoju. Może zadumy. Miał w sobie to coś. Ale tak czy inaczej nie zaspokoiło to mojego apetytu na resztę.

I tak dopiero pod koniec kwietnia ukazał się drugi singiel. Highway to your heart bez zaskoczenia okazał się znów lekko patetyczną piosenką. Nie można jej odmówić również dużej dawki nostalgii. Tym razem jednak oprócz samej piosenki został nam zaprezentowany teledysk w formie sześćdziesięciosekundowego zapętlonego wideo. Klip był jedną z siedmiu wizualizacji, które połączone ścieżką dźwiękową miały opowiedzieć szerszą historię. W tym zestawieniu singli – jak dla mnie – stanowczo wygrywa drugi. Jest przyjemny w odbiorze, spójny i ma w sobie jakieś przesłanie. W tym momencie już byłem pewien, że reszta albumu, choć w tym samym klimacie, będzie mocno wciągająca. I nie zawiodłem się.

Po przesłuchaniu wszystkich utworów już mam swojego ulubieńca. Od początku do mojego serca trafił drugi singiel i tam już pozostał. Są oczywiście utwory, które nie podpasowały moim gustom, pomimo tego, że cała ósemka jest w tym samym klimacie. Cała płyta ma moim zdaniem głębszy przekaz. Nie ukrywam, że dla mnie nie jest to album, którego będę słuchał w letnie poranki idąc z uśmiechem na twarzy. To nie ten rodzaj muzyki. Jestem za to pewien, że będzie mi ona towarzyszyć w tych gorszych momentach. I bardzo dobrze. Taka muzyka też jest potrzebna. A ta w pełni wpasowuje się w taką klimatykę. Nostalgia, patos, zaduma, emocje, wytchnienie – tymi słowami mogę krótko określić nowe dzieło Lykke.

Pełna dyskografia:

  1. No Hotel
  2. You Don’t Go Away
  3. Highway to Your Heart
  4. Happy Hurts
  5. Carousel
  6. 5D
  7. Over
  8. Ü&I
Exit mobile version