
Trzeba przyznać, że jeśli już kochamy progres rocka, zakochamy się w i tym krążku. Fractured to przede wszystkim balansowanie pomiędzy pojedynczymi dźwiękami poszczególnych instrumentów. Chociażby w Red Light Escape pojawia się dość długa fraza, gdzie główną rolę odgrywają brzmienia instrumentu dętego. Wariacje na temat gitar, czy ukazywanie możliwości syntezatorów elektronicznych, Duda opanował do perfekcji. W całości można powiedzieć, że każdy z ośmiu utworów umożliwia nam swobodne pływanie po każdym dźwięku, tak aby w odpowiednim momencie poczuć sztorm, w innym zaś morze, na którym niewidoczne są nawet malutkie fale.
To co najpiękniejsze w tej muzyce, to fakt, że każdy utwór składa się z kilku czasami odległych sobie kompozycji, które jednak finalnie potrafią stworzyć całość. Idealnym przykładem jest aż prawie 13 minut (!!) A Thousand Shards of Heaven, gdzie na początku usłyszymy typowe dla tego typu muzyki brzmienie, które po ponad 4 minutach wzbogacone zostanie o rytm elektroniki, ukazuje kompletnie inną stronę kompozycji. Żeby nie było tak łatwo, po kolejnych kilku minutach wokal wpleciony w powstałą melodię uspokaja delikatnie słuchacza, na rzecz pojawiającego się w ostatnich minutach wyraźnego i mocnego brzmienia. Dwie kompozycje zamykające krążek, czyli Battelfield oraz Moving On, w dużej mierze zahaczają o dźwięki, jakie pojawiały się w starszych kompozycjach Depeche Mode.
Warto zwrócić także uwagę nawet na część płyty jaką jest jej okłada. Barwy czerwieni, w których pojawia się popękane szkło, prowadzi nas do rozważań na temat warstwy tekstowej. Te dwa elementy idealnie dopełniają melodie Fractured. Mariusz Duda od zawsze przejawiał w swojej twórczości chęć poruszania tematów śmierci, czy po prostu egzystencji człowieka. Całkiem podobną problematykę ukazuje na najnowszym krążku. Tym razem inspiracją do napisania takich, a nie innych tekstów była śmierć bliskich mu osób. Duda po raz kolejny mógł przekazać jak zagubiony czuje się człowiek w obecnym świecie. Co wtedy znajduje się gdzieś w jego najgłębszym środku, z czym i jak próbuje walczyć. Największym, właściwie problemem, staje się fakt, że wszystkie myśli zgromadzone są wokół melancholijnych i depresyjnych rozważań.
Piąte wydawnictwo Lunatic Soul jest nadal kawałkiem dobrej, żeby nie powiedzieć najlepszej wersji progresywnego rocka w naszym kraju, a nawet i poza jego granicami. Nadal to Riverside będzie wiodło pieczę tego najlepszego zespołu. Jednak jeśli spojrzeć na to, że część tego bandu to właśnie Lunatic Soul, można stwierdzić, że całkiem niedaleko podium znajdziemy również i poboczny projekt Mariusza Dudy. Patrząc na obecną porę roku, a tym samym atmosferę, która z każdej strony wprawia nas w depresję, wysłuchanie krążka Fractured pomoże nam przetrwać i poczucie jakiejkolwiek nostalgii zostanie zrozumiane. Zrozumiane przez muzykę.
