Site icon All About Music

Lucy Rose – Something’s Changing (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

Nie każda muzyka musi krzyczeć. Folkowa twórczość Lucy Rose jest tego najlepszym przykładem. Kariera tej artystki opiera się przede wszystkim na dwóch instrumentach. Gitara oraz fortepian towarzyszą Brytyjce od najmłodszych lat i są obecne na każdej jej płycie. 28-latka powraca po dwuletniej nieobecności z trzecim albumem Something’s Changing. Czy taki tytuł zapowiada diametralne zmiany?

Od tej wyjątkowo skromnej dziewczyny wręcz bije pasja. Poczułem to po raz pierwszy kilka lat temu, kiedy usłyszałem kompozycję Shiver z jej debiutanckiego albumu Like I Used To. Ciepły, wręcz otulający słuchacza wokal w towarzystwie akustycznej gitary i teksty, które niosą w sobie ogromny ładunek emocjonalny.

Lucy Rose tworzy folkowe brzmienie, które w żadnym stopniu nie jest pretensjonalne, wymuszone czy zrobione pod publikę. Wraz z kolejnym dziełem Something’s Changing jedynie to potwierdza. Tej dziewczynie nie potrzeba wyszukanych dźwięków i skomplikowanego masteringu. Od początku swojej kariery Brytyjka jest wierna prostemu instrumentarium. No, z małymi tylko wyjątkami. Mowa o drugim albumie, będącym bez wątpienia najbardziej komercyjnym materiałem, jaki kiedykolwiek stworzyła. Rozbudowane produkcyjnie utwory, niecodzienna u niej obecność elektroniki i wyczuwalna popowa aura. W pewnym momencie artystka poszła właśnie w taką stronę. Jak sama później przyznała, pogubiła się i chciała w ten sposób zwrócić na swoją muzykę większą uwagę.

Najnowsza płyta to już inna bajka. Rose zmieniła bieg i odrzuciła od siebie mocno widoczny pierwiastek popowości. Jej melodie stały się jeszcze bardziej eleganckie, a teksty do bólu szczere. Wystarczy posłuchać wzruszającego Is This Called Home, romantycznego Love Song czy olśniewającego Second Chance.

Ten album to ewidentny rozkwit w jej karierze, a pomóc musiała w tym wyjątkowa podróż do Ameryki Łacińskiej. Piosenkarka rzuciła wszystko, zaryzykowała oraz ruszyła z gitarą i plecakiem na dwa miesiące w nieznane – do swoich prawdziwych słuchaczy. Tam grała darmowe koncerty, mieszkała u fanów i pisała nowe piosenki. Niech ktoś tylko powie, że podróże nie kształcą.

Doświadczenia przywiezione z drugiego końca globu wpłynęły na artystkę. Słychać to nie tylko w samej muzyce, ale także w tekstach. Długie chwile spędzone z ludźmi, dla których jej muzyka jest czymś naprawdę wyjątkowym, pozwoliły jej się otworzyć i być jeszcze bardziej lirycznie szczerym. Słuchając intymnego Morai, przyjemnego Strangest of Ways, emocjonalnego Find Myself czy No Good At All ze świetnym refrenem nie mogę nie stwierdzić czegoś oczywistego. Something’s Changing to pierwszy album Lucy Rose, który zrobiła przede wszystkim z myślą o sobie. Artystka dotarła ewidentnie do momentu, w którym zdała sobie sprawę, że nie wytwórnia i nie potencjalni nowi słuchacze są najważniejsi. Nawet jeśli to oznacza brak dużego sukcesu komercyjnego.

Jej prostota nie odrzuca, nie doprowadza do nudy. Mimo że na albumie nie ma nagłych muzycznych zwrotów i czegoś zaskakującego, brzmieniowa różnorodność jest wyraźnie obecna. Mamy do czynienia z mieszanką popu, lekkiego jazzowego klimatu oraz folku w stylu lat siedemdziesiątych.  Nie dostajemy może kompozycji, które zwalą słuchacza z nóg i zmienią świat muzyki, ale to dobra kolekcja intymnych, kontemplacyjnych piosenek.

Lucy Rose to artystka, która pomimo braku wielkich sukcesów komercyjnych, jest niezwykle potrzebna dzisiejszej scenie muzycznej. Nie wszystko dobre, co sprzedaje się w milionach. W czasach, gdy masowo jesteśmy zalewani nie zawsze wartym uwagi mainstreamem, przyjemnie jest usłyszeć proste, ale jakże poruszające dźwięki gitary oraz fortepianu. Szukasz ciepła i lirycznej głębi? Dotarłeś pod właściwy adres.

Exit mobile version