Site icon All About Music

Nie lubię podążać za muzycznymi trendami. Felieton Kuby Koziołkiewicza

W ciągu kilku ostatnich dni premiery swoich nowych płyt zapowiedziało dwoje artystów z artystycznie przeciwnych stron barykady. Pierwsza z nich to Adele, znana na całym świecie wokalistka, która osobistymi balladami zauroczyła praktycznie cały świat. Drugi to zespół Panic! at the Disco, który przez przeszło dekadę ugruntowywał swoją pozycję w środowisku tzw. grup rockowych klasy średniej (zapełniających małe hale widowiskowe i kluby, ale jednak nie będących headlinerami najważniejszych wydarzeń muzycznych). Jednak ich sława i twórczość broni się na ten moment bardzo dobrze, dzięki czemu projekt dowodzony przez „samozwańczego” lidera Brendona Urie zapewnił sobie żywot na co najmniej kolejne 10 lat.

Zapewne większość z Was zaciera ręce i czeka na świeży materiał brytyjskiej wokalistki. Ja jednak oczekuję dnia 15 stycznia 2016 roku, kiedy to piąty album Panic!, zatytułowany Death of a Bechalor, zabrzmi z głośników w moim mieszkaniu.

Muszę się Wam do czegoś przyznać – jestem mało podatny na tzw. trendy w muzyce. Dzięki silnej woli nie zauroczyłem się w piosenkach Eneja, Lemona czy Natalii Nykiel. A przekładając to na skalę światową – właśnie Adele. No bo nie oszukujmy się – jej sława i popularność to efekt genialnego wylansowania w rozgłośniach radiowych i mediach muzycznych. Kto w okresie wydania płyty 21 nie grał Adele i nie pisał o niej na swoich łamach – nie istniał. Stała się gwarantem słuchalności i czytelności. Jakiś czas temu pisałem o chłopakach z Years & Years, których kawałek Shine leciał każdego dnia po 150. razy w jednej z brytyjskich rozgłośni radiowych. Skończyło się to tym, że od tamtej pory ani razu sam z siebie nie włączyłem tej piosenki, a gdy słyszę ją w miejscu publicznym, szukam jakiegoś zacisznego miejsca, w którym mogę puścić pawia. Natomiast z Adele było inaczej. Jej piosenki grano po 200., czy nawet 300. razy, a jakoś nikomu się one nie znudziły. Mi też.

Lecz to nie znaczy, że lubię Adele. Wiem, że tym stwierdzeniem skazuję sam siebie na potencjalne komentarze, że jestem idiotą i kompletnie nie znam się na muzyce, ale co mi tam: mam dosyć neutralny stosunek do jej twórczości. W swojej kolekcji nie posiadam żadnej z jej płyt. Gdy jadąc autem dana stacja prezentuje jej kawałek, to nie zmieniam częstotliwości i nie ląduję na najbliższym drzewie, ale jednak czekam, aż zabrzmi jakiś inny utwór. Adele to świetna wokalistka i kompozytorka. Jest profesjonalistką w swoim fachu. Lecz takim samym specem w swojej dziedzinie jest np. kat, a jego talent do wykonywanego zawodu nie sprawia, że z automatu go lubię i podziwiam.

Czasem zastanawiam się, skąd wziął się te boom na Adele. Przecież przed wydaniem płyty 21 jej poprzedni krążek 19 przeszedł, w porównaniu do wielomilionowych sprzedaży, które nastąpiły po adelomanii, niemalże bez echa. Co prawda nie słuchałem jej debiutu, ale nie wierzę, że jej umiejętności wokalne było o wiele słabsze, niż na następnych tworach. Dlatego myślę, że źródło jej światowego sukcesu jest niezbyt skomplikowanie, a wręcz banalne – te piosenki pojawiły się po prostu w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Skrzyżowanie talentu z ogromną ilością szczęścia.

Z Panic! at the Disco było zupełnie inaczej. Ich pierwszy album A Fever You Can’t Sweat Out (2005) stał się z miejsca ogromnym hitem (oczywiście nie ma co porównywać sprzedaży muzyki rockowej do muzyki popowej, bo różnice te są przecież ogromne). Ja zapoznałem się i zauroczyłem ich muzyką w okolicy roku 2008. Chwilę przed wydaniem drugiego krążka Pretty. Odd. Dzięki temu na własnych oczach widziałem wszystkie brzmieniowe i artystyczne transformacje chłopaków. A było ich, jak na 10 lat istnienia, bardzo dużo. Debiut to autorski pop punk z domieszką indie, wspomniany Pretty. Odd. jest ukłonem w stronę the Beatles. Vices & Virtues (2011), po odejściu z zespołu Ryana Rossa, okazał się zmianą kursu, ukierunkowanym na bardziej popowe brzmienie, za to ostatnie Too Wierd To Live, Too Rare To Die (2013) to już intensywny romans z synth popem spod znaku Depeche Mode. Jak widać zupełny misz- masz, a mówimy przecież, podkreślę to jeszcze raz, o zespole istniejącym na rynku muzycznym ledwie dekadę.


Dlatego z wypiekami na twarzy oczekuję na 15 stycznia. Okładka płyty Death of a Bachelor już jest znana. Moim zdaniem jest mega słaba. Gdy zestawiam ją z coverem Too Wierd To Live…, wypada naprawdę blado. Ale od okładki ważniejsza jest przecież muzyczna zawartość. A co do niej, parafrazując Wiesława Wszywkę, mam pewne obawienia.

Na ten moment zespół zaprezentował już cztery kawałki. Najlepszym z nich jest moim zdaniem Hallelujah, choć Victorious też jest niczego sobie. Ale martwię się, że płyta ta po raz kolejny będzie diametralnie inna od pozostałych. Z jednej strony to dobrze, że Brendon stara się eksperymentować z brzmieniem, ale jak mawia stara polska mantra – co za dużo to nie zdrowo. Uważam, że lepiej jest się skupić na jednym gatunku i grać go bardzo dobrze, niż łapać się na siłę kilku innych, i brzmieć w nich mniej korzystnie.

20 listopada na rynku pojawi się najnowszy album Adele, zatytułowany 25. Fani muzyki z całego świata już nie mogą się tego dnia doczekać. Lecz ja nie podążam za trendami. Czekam na 15 stycznia.

P.S. Parę dni temu założyłem konto na Twitterze. Będę tam wrzucał swoje teksty, ale nie tylko. Ćwierkanie to ćwierkanie – różne myśli i opinie będą się tam na pewno pojawiać. Jeżeli chcesz mnie obserwować, zrób to. Oto link: https://twitter.com/KKoziolkiewicz

Exit mobile version