Site icon All About Music

Lord Huron – Vide Noir (2018), recenzja Piotra Krajewskiego

Amerykański indie band Lord Huron był jeszcze do niedawna dość nieznany dla typowego słuchacza. Sytuacja się nieco zmieniła za sprawą słynnego serialu 13 powodów, w którym mogliśmy usłyszeć jeden z ich utworów. Nagłe zainteresowaniem singlem The Night We Met sprawiło, że formacja zyskała mnóstwo nowych fanów. Rok po sukcesie produkcji Netflixa zespół powraca z trzecim albumem Vide Noir. Wartym uwagi? Sprawdźmy.

Świat muzyki niejednokrotnie był świadkiem nagłego wzrostu popularności piosenki tylko dlatego, że pojawiła się w słynnym serialu oglądanym przez miliony. Dokładnie tak było w przypadku Lord Huron i ich dobrze znanego singla The Night We Met, który był częścią ścieżki dźwiękowej do 13 powodów – hitowej produkcji Netflixa z 2017 roku. Niezwykle emocjonalna piosenka pokryła się platyną w Stanach Zjednoczonych i zdobyła sporą popularność także m.in. w Australii, Kanadzie, Francji, Wielkiej Brytanii czy Szwecji.

Za sprawą swoich dwóch naprawdę dobrze przyjętych albumów Lord Huron szybko stali się ważnym punktem na mapie amerykańskie indie folku, w którym panuje jednak ogromna konkurencja. Wyraźnie zaznaczone akustyczne brzmienie, ciepłe aranżacje, emocjonalny wokal oraz spora dawka melancholii – przy ich muzyce można było spokojnie zarówno odprężyć się, marzyć, jak i rozpaczać.

Fani grupy z Benem Schneiderem na czele mogą być jednak mocno zdziwieni brzmieniem Vide Noir. Trzecia płyta to wyraźne odejście w totalnie inne dźwiękowe rejony. Niespodziewanie gitary akustyczne zostały zastąpione basowymi, a album nabrał mocniejszego i dużo głośniejszego klimatu. To już nie jest żałobny, urokliwy indie folk. Zespół rezygnuje z intymności oraz ciepła na rzecz indie rockowych melodii i szybszego tempa. Dwuczęściowe, psychodeliczne Ancient Names, garażowe i euforyczne Never Ever czy wibrujące The Balancer’s Eye – to zupełnie nowa odsłona Lord Huron, której nie mieliśmy okazji jeszcze słuchać. To naprawdę wyraźna zmiana.

Vide Noir można z powodzeniem nazwać albumem mistycznym. Formacja z Michigan skonstruowała dzieło, które jest dźwiękową i mentalną odyseją w kierunku otchłani kosmosu. Otwierające Lost In Time & Space, zagadkowe Vide Noir, mocno gitarowe Secret of Life, zawierające intrygującą linię basową When the Night is Over czy zamykające Emerald Star. Wszędzie znajdziemy odniesienia do uniwersum. Kosmos to miejsce wciąż nieodkryte, pełne piękna i tajemnic, które zarazem zachwyca, ale również nieco przeraża swoim bezkresem. Taki też właśnie jest nowy album Lord Huron. Wraz z grupą wyruszamy w wielowarstwową, czasami ciemną i niepokojącą podróż po wszechświecie, zastanawiając się nad rzeczywistością, egzystencją człowieka, samotnością czy trudami miłości.

Nowe wydawnictwo formacji Schneidera cechuje zdecydowanie mniej subtelna warstwa instrumentalna. Ich melodie stały się dużo bardziej charakterne, nabrały wyraźnego pazura i dynamizmu. Akustyczny urok dawnego Lord Huron da się jednak znaleźć także na Vide Noir. Melancholijne i w klimacie lat pięćdziesiątych Wait by the River czy muśnięte folkiem Back from the Edge ładnie nawiązują do poprzednich dokonań Amerykanów.

Album Vide Noir to niezwykle ciekawy przykład nagłego zwrotu akcji w muzycznej twórczości. Zespół Lord Huron odważył się i diametralnie zmienił kurs, mimo że mnóstwo nowych fanów zakochało się niedawno w ich folkowym brzmieniu za sprawą The Night We Met. Amerykańscy muzycy świadomie zrezygnowali ze swojej ciepłej stylistyki. Postawili na śmiałe eksperymenty i zaprzyjaźnili się z mocniejszym gitarowym brzmieniem. Za pomocą astralnej warstwy lirycznej udowodnili, że wciąż świetnie operują emocjami. Lord Huron naturalnie ewoluują w niezwykle ciekawym kierunku. Oto właśnie chodzi!

Exit mobile version