Site icon All About Music

Lo Moon – Lo Moon (2018), recenzja Justyny Rojek

Kiedy dwa lata temu formacja Lo Moon podbiła scenę muzyczną singlem Loveless, krytycy oraz fani byli jednogłośni w zachwytach. Zespół jednak powoli dozował szczęście i dwa kolejne utwory This Is It i Thorns wypuścił dopiero rok później. Międzyczasie doszły występy przed takimi gwiazdami jak London Grammar, Phoenix czy The War On Drugs oraz tytuł jednej z najlepszych koncertowych grup 2017/2018. Teraz kiedy przyszła pora na premierowy krążek zatytułowany po prostu Lo Moon nasuwa się oczywiste pytanie czyżby to był właśnie debiut roku?

Wokalista Matt Lowell pochodzi z Nowego Jorku, basistka Cristana Baker z Denver, a gitarzysta Samuel Stewart (syn Dave’a Stewart z Eurythmics) z Londynu. I choć szansa na poznanie się tej trójki, ze względu na dzielącą ich odległość, wydawała się mało prawdopodobna, to los chciał inaczej. Przeprowadzka Lowella do Los Angeles i spotkanie tam Baker i Stewart, zaowocowała zapadającym w pamięć klimatycznym graniem spod szyldu Lo Moon. W brzmieniu grupy łatwo odnaleźć nawiązania do twórczości takich zespołów jak Talk Talk, The XX czy wczesnego Coldplay. Warto jednak zauważyć, że nie jest to bezmyślne kopiowanie wzorców lecz  inspirowanie się dobrym przykładem.

W następstwie sukcesu kompozycji Loveless zespół rozpoczął pracę nad debiutanckim albumem, lecz jak przyznał wcale nie śpieszył się z jego wydaniem. Tak naprawdę chcieliśmy się upewnić, że nasza muzyka będzie strawna”. Pozwoliliśmy piosenkom żyć i znaleźć własną drogę. Wiedzieliśmy, że zajmie to trochę czasu (…). Ale nauczyliśmy się, że kiedy rzeczy dzieją się powoli są najpiękniejsze.

Ten brak pośpiechu wpływa nie tylko na spójność całej płyty, ale stanowi także jej kluczowy element. Każda piosenka przynosi moment kontemplacji i poczucie muzycznego kunsztu. Co równie istotne zamiast pokusić się o chwytliwe melodie zespół skupił się na rozbudowanych oraz zapierających dech w piersiach pejzażach dźwiękowych. Potwierdza to już pierwszy singiel Loveless, który zresztą bardzo szybko okazał się strzałem w dziesiątkę. 7-minutowa ballada skomponowana z melancholijnych akordów i wokalnych harmonii przerywanych od czasu do czasu mocnymi uderzeniami bębnów to nie lada wyzwanie dla mainstreamowych słuchaczy. Kolejny singiel This Is It przejmuje ten stan urzekając kolejnym krajobrazem dźwiękowym. Całość kompozycji wyróżniają triumfalne refreny, które wzbudzają chęć poszukiwań kolejnych muzycznych doznań. Nie trzeba daleko szukać, bo już trzeci singiel Thorns dostarcza wyjątkowych emocji. Zawsze będę cię pragnąć w ten sposób, Nauczymy się przerastać, Ciernie na róży, śpiewa swoim eterycznym wokalem Matt i pozwala poddać się romantycznemu klimatowi. Lirykę dopełnia nienarzucająca się, subtelna melodia, w którą zespół wplata zmysłową saksofonową solówkę. Ostatni singiel Real Love wprowadza pewne zamieszanie w brzmieniu. Po mrocznym i budującym napięcie intro właściwy kierunek melodii nadają dźwięczne gitarowe riffy i potężne refreny. Uwadze nie umknie również poruszająca liryka: Kiedyś podążałem za mym sercem, Ale teraz jestem bezpieczny w ciemności, Kiedyś biegłaś w moje ramiona, Teraz to straciło swój urok. Pewne urozmaicenie w brzmienie albumu wnosi taneczny kawałek Wonderful Life. Nuty syntezatora budują elektro-popowy klimat, lecz nie zatracają jednolitego charakteru Lo Moon. Za to na przeciwległym biegunie znajduje się kompozycja My Money, która oprócz zastrzyku melancholii, zrelaksuje i uspokoi. Lekkie nagranie wyróżni długie i mocne zakończenie, zmierzające w bezkresną i melodyjną dal.

Grupa Lo Moon, podobnie jak Cigarettes After Sex czy Bear’s Den, jest mistrzem w budowaniu klimatu, który do reszty pochłania słuchacza. Zadanie o tyle utrudnione, że nastrojowość piosenek często wiąże się z ich powtarzalnością czy szybkim znużeniem tematem. Lo Moon nie przekracza tej granicy, lecz prezentuje solidny debiut z potencjałem na przyszłość.

Exit mobile version