Site icon All About Music

Lisa Hannigan – At Swim (2016), recenzja Michała Kaźmierczaka

Lisa Hannigan, która swoją muzyczną młodość spędziła u boku Damiena Rice’a, wydaje swój trzeci solowy album zatytułowany At Swim. Jest to płyta dojrzała, która udowadnia, że owa młodość dawno minęła, a zastąpiła ją ogromna świadomość. Takiej płyty mi brakowało.

Lisa Hannigan w swojej ojczyźnie zdobyła już wiele nagród i wiele nominacji – w tym tę najważniejszą do Mercury Prize za debiutancki album Sea Sew. Wokalistka Może również pochwalić się długą listą muzyków, z którymi współpracowała, a tym razem do tej listy dopisać można Aarona Dessnera z The National – to on jest współproducentem trzeciego krążka artystki. Czy mógł lepiej trafić? Raczej nie, bo Hannigan na At Swim urzeka i czaruje, tak jak czarować potrafi niewielu. Dawno temu w moim odtwarzaczu, w trakcie długich wieczorów lub jeszcze dłuższych, bezsennych nocy królowała Norah Jones – teraz króluje Lisa Hannigan.

Jakiej magii używa Irlandka w swoich piosenkach? Przede wszystkim magii swojego głosu. Wokalistka potrafi wspaniale grać emocjami, operując barwą, tonacją, nasileniem. Gdy trzeba, momentami wręcz szepcze do słuchaczy, jak w We, the Drowned. Gdy trzeba, przepięknie kończy wersy wysokimi tonami – robi tak w jednej z najlepszych propozycji na płycie, czyli Funeral Suit. Ale mało tego, to jeszcze nie wszystko. To nie koniec, ponieważ Lisa Hannigan, gdy trzeba, nagra pieśń stworzoną z samych, wielowarstwowych wokali – Anahorish, wspaniale niosące się z głośników. To wszystko udowadnia nam jak sprawnym twórcą jest artystka – budowanie utworów, dobieranie środków wyrazu ma dopracowane do perfekcji.

Po drugie – magia, której używa artystka to piękne melodie. Co prawda są to melodie smutne, ale jest to smutek piękny. Przykłady? Na At Swim można ich znaleźć jak na pęczki. Prayer For The Dying – tutaj smutek spotęgowany jest melancholijnymi smyczkami. Snow – ze swoją przepiękną aurą brzmi jak dobrze opowiedziana opowieść. I oczywiście, wspomniany już, Funeral Suit – niesamowite skupienie, niesamowita intymność, budowanie emocji. Jednakże największym atutem zarówno tychże melodii, jak również całej płyty jest bezpretensjonalność – brak tutaj nachalności, jest tylko muzyka, melodia, głos i ciepło. Jest to ciepło, które bije z tych jedenastu piosenek z ogromną siłą.

I po trzecie – muzyka sama w sobie. To czar niezwykle silny. Jest to muzyka lekka, ale w żadnym wypadku nie jest to muzyka głupia. Jest to muzyka płynąca, sunąca delikatnie, łagodna i kojąca. Tak jak w singlowym Fall – akustycznie i minimalistycznie. Ewentualnie jak w kolejnym z singli – Ora – za pomocą fortepianu. Kolejna z propozycji to bardziej energiczna kompozycja Lo – wszystkie atuty Lisy Hannigan sprawdzają się również na takim gruncie. I sprawdzają się one również w połączeniu z użytą w niewielkim stopniu elektroniką, którą słychać w zamykającym utworze Barton. Jak widać, nie tylko szeleszczące miotełki,  gitara  akustyczna i ewentualnie smyczki służą artystce – to kolejny z dowodów na jej niezwykłą dojrzałość i wszechstronność.

Trzecia płyta – płyta doskonała? Czy Lisa Hannigan osiągnęła już swój szczyt? Kto wie. Jedno jest pewne – jeśli jeszcze nie osiągnęła, to krąży gdzieś w jego pobliżu. At Swim to dopracowana w najmniejszych szczegółach propozycja, obok której nie powinno przechodzić się obojętnie. To płyta, owszem, wymagająca skupienia, ale skupienie to wynagradzająca. Lisa Hannigan stworzyła dla nas jedenaście kompozycji emanujących ciepłem, ale również pozwalających zatrzymać się i wyciszyć. Piękna jest to płyta – tak po prostu piękna.

Exit mobile version