Zatapiając się w twórczości działających od dekad artystów, coraz mniej czasu zaczęłam poświęcać na przyglądanie się nowościom, a tym samym na obserwowanie poczynań debiutujących artystów. W ostatnich miesiącach pojawił się jednak duet, który zwrócił na siebie moją uwagę. LION BABE, bo pod takim szyldem działają Jillian Hervey i Lucas Goodman, pojedyncze single wydawać zaczęli już w 2013 roku, jednak na rozkwit popularności poczekać musieli jeszcze dwa lata. Przed (niecałym) rokiem nagrali z Disclosure numer Hourglass, a dziś zostawiają braci Lawrence w tyle.
Begin, jak sam tytuł zresztą wskazuje, jest pierwszym longplay’em w karierze amerykańskiego duetu. W dużej mierze za produkcję nagrań, w których LION BABE chętnie miksują R&B, neo-soul i elektronikę, odpowiada połówka zespołu, Lucas Goodman. Chwilami wspierany jest m.in. przez Pharrella Williamsa, Robina Hannibala i Alexandra Shuckburgha. Tworzone przez niego podkłady są przemyślane, choć niezbyt oryginalne. Opis „jedyna w swoim rodzaju” nie pasuje także do wokalistki duetu, Jillian. Dziewczyna brzmi bowiem tak, jakby była… córką Eryki Badu.
Album otwiera piosenka zatytułowana Whole, która lekko razi swoim niezdecydowaniem (miało być tanecznie, czy neo-soulowo?) i w głowie zostaje głównie za sprawą powtarzanych wielokrotnie „fraz” oo-oohs. Konkretna zabawa zaczyna się dopiero przy okazji drugiej kompozycji. Jump Hi, z gościnnymi, rapowanymi wstawkami Childisha Gambino, to materiał na niemały przebój. Wolniejsze, wręcz leniwe Wonder Woman to najlepsze, co ostatnio otrzymaliśmy spod palców Pharrella Williamsa.
Zadziwia nagranie Impossible. Jednakże nie ze względu na swoje brzmienie, lecz… wykonanie Jillian. Jej śpiew przybiera różne formy i gdybym nie wiedziała, że LION BABE to duet, pomyślałabym, że słucham piosenki jakiegoś nowego młodzieżowego girlsbandu. Dojrzalej wokalistka brzmi w chillującym, hipnotycznym i lekko tajemniczym Stressed OUT! oraz kołyszącym Satisfy My Love, które jest ponad czterominutową podróżą przez brzmienie nowoczesnego R&B. Oba numery należą do moich ulubionych momentów Begin.
Szalone, roztańczone i błyszczące niczym dyskotekowa kula Where Do We Go wzbogacone zostało modnym w 2014 roku trąbkowym motywem. Dalej w czasie lądujemy za sprawą z pozoru spokojniejszego On the Rocks. Tu LION BABE ponownie wykorzystują trąbki, prezentując jednocześnie numer, który powstać by mógł na przełomie lat 80. i 90. Warto nacieszyć się tym utworem, bo za chwilę Jillian i Lucas serwują nam bardziej zachowawcze, przelatujące ledwo przeze mnie zauważone Hold On. Po tej zawodzącej piosence duet poprawia swoje „notowania” zmysłowym, neo-soulowym Jungle Lady oraz utrzymanym w podobnym tonie Got Body, które brzmi jak odrzut z niezapomnianego albumu Baduizm wspomnianej wcześniej Eryki Badu.
Końcówka Begin to w zasadzie małe przypomnienie cech, za które warto LION BABE chwalić – umiejętność dostosowywania „starodawnych” dźwięków do potrzeb współczesnego słuchacza, otwartość na brzmienia retro (Everyday Life) oraz wyczucie, które pozwala na stworzenie żywszej, nowoczesnej rhythm’and’bluesowej muzyki, która nie jest jednocześnie banalnym, parkietowym numerem bez ładu, składu i pomysłu (Treat Me Like Fire). Największe zaskoczenie czekało na mnie na samym końcu. Kiedy duet wcześniej skręcał w stronę spokojniejszych klimatów, robił z tego zmysłowe pościelówy. Little Dreamer to ballada z krwi i kości, w której Jillian wspina się na wyżyny swoich możliwości, stawiając nie na sensualność, lecz prawdziwe emocje.
Przyznam szczerze, że po Begin spodziewałam się czegoś innego. Żywiłam przekonanie, że LION BABE chętnie podzielą się z nami większą liczbą utworów przypominających singlowe Jump Hi czy Where Do We Go. Myślałam, że będzie tanecznie, skocznie, po prostu imprezowo. Piosenek mających rozruszać nasze kości jest tu niewiele, ale ciężko mi się na amerykański duet gniewać, jeśli spokojniejsze kompozycje stoją na wysokim poziomie. Płyta Begin ma jednak jeden mały mankament. Łatwo ją przedawkować, dlatego lepszym pomysłem jest sięganie po nią raz na jakiś czas.

